poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Jak się to wszystko zaczęło...

Ten wpis będzie miał charakter nieco bardziej osobisty, niż wszystkie inne, które do tej pory napisałam. Otóż, każdy z nas (tzn. osób pracujących z kartami) jakoś zaczynał- co jest tak oczywiste, że aż banalne. Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z osobą pracującą jedynie z kartami tarota, czy też z osobą zajmującą się kartami lenormand albo z osobą nieco bardziej wszechstronną (taką, jak np. ja), zawsze można "pochwalić się" mniej lub bardziej ciekawą historią. W tym wpisie chciałabym właśnie podzielić się z Wami moją...

Moja pamięć nie jest, niestety, jakoś szczególnie dobra, więc wszystkich szczegółów tu nie przytoczę (zresztą nawet gdybym pamiętała, i tak bym tego nie zrobiła). Ale postaram się odtworzyć wspomnienia i w miarę ładnie i składnie "przelać je na papier". ;)

Wszystko zaczęło się w dość młodym wieku. Jako dziecko zawsze przejawiałam szczególne zainteresowanie wszelkimi "magicznymi", fantastycznymi, bajkowymi sprawami. Fascynowało mnie to i sprawiło, że stosunkowo wcześnie wkroczyłam w świat magii, ezoteryki. Zgłębiałam pewne dziedziny, niezupełnie świadoma tego, jaką wiedzę tak naprawdę przyjmuję. Było to dla mnie coś naturalnego, normalnego. Można powiedzieć, że cały ten "magiczny świat" był częścią mojego życia, częścią mnie samej, od zawsze. Minęło trochę czasu, z każdym dniem dowiadywałam się wielu nowych rzeczy, z każdym rokiem byłam coraz dalej i dalej. Może nie były to jakieś szczególne "osiągnięcia", jednak patrząc z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że rozwijałam się w rozmaitych ezoterycznych dziedzinach dość szybko. Była to moja pasja- a dokładniej jedna z nich. No i- jak to z pasją- poświęcałam jej większą część mojego wolnego czasu. Jedna dziedzina mnie szczególnie zainteresowała- starałam się ją poznać jak najlepiej, później kolejna dziedzina zaczynała mnie mocniej interesować- to znowu: starałam się dowiedzieć w temacie jak najwięcej. Nie bardzo umiałam się skonkretyzować, wybrać sobie jakiś główny "kierunek studiów", np. długo wahałam się pomiędzy zgłębianiem na poważnie astrologii i numerologii- a że obydwie te dziedziny niesamowicie mnie fascynowały, bardzo chciałam poznać obydwie. W końcu doszłam do wniosku, że jednak bardziej "po drodze" mi z astrologią i to właśnie jej staram się poświęcać najwięcej czasu. Wychodzi jak wychodzi. Łatwe to nie jest, oczywiście, ale powolutku, powolutku idę do przodu.

Powracając do samych kart... Pamiętam, że dawno temu sama robiłam sobie talie- nie obracałam się za bardzo w świecie przemysłu ezoterycznego. Byłam bardzo samowystarczalna. Nawet zbytnio mnie nie pociągała perspektywa zakupu tzw. profesjonalnej talii. Oczywiście w końcu przyszedł czas i kupiłam swoje pierwsze profesjonalne karty. Były to karty runiczne- Power of the Runes. Tak, to właśnie runy (w sumie powinnam napisać "ezoruny") były pierwszą dziedziną typowo wróżebną poznaną przeze mnie. Tarot był drugi. Później karty anielskie, następnie jakieś talie wróżebne niesystemowe (o ile dobrze pamiętam, były to: Karty Madame Endory oraz Wyrocznia Wizji), a co było dalej... nie pamiętam. Ponieważ dalej to już się potoczyło jak z górki. I toczyło się bardzo szybko, bo do tego etapu, na którym jestem obecnie, od momentu zakupu pierwszej profesjonalnej talii kart dywinacyjnych, minęły nieco ponad 3 lata. Taaaak... 3 lata... Mnie samej trudno w to uwierzyć... Trudno uwierzyć w to, że jeszcze jakieś 3,5 roku temu nie miałam w ogóle pojęcia, co to jest tarot, czy jak wróżyć z run, nie mówiąc już o innych metodach dywinacyjnych (tzn. tych karcianych).

W tym miejscu chciałabym trochę więcej napisać o samym tarocie. Ponieważ moja przygoda z nim zaczęła się zupełnie, ale to zupełnie niespodziewanie i nigdy wcześniej nie miałam z nim styczności, nic o nim nie wiedziałam, nic kompletnie. I za to jestem tak wdzięczna, jak tylko można być... Dobra, wiem, że przesadzam, ale naprawdę jestem przeogromnie wdzięczna. Czemu? Ano temu, że gdybym miała jakąkolwiek wiedzę nt. tarota, to pewnie obejmowałaby ona tę niesławę tarota jako "dzieła szatana" itp. głupot, które na pewno nie byłyby sprzyjające dla młodego adepta tarota. Poza tym jakiekolwiek zaplecze byłoby- w takim wypadku- niesprzyjające o tyle, że odebrałoby mi zapewne chęć, by samodzielnie zgłębiać znaczenie kart w zakresie dywinacji. Wiem oczywiście, że tarot to nie tylko dywinacja (mało powiedziane), jednak to była taka główna jego funkcja przez pewien okres w moim życiu. Później, gdy już zapoznałam się z tarotem we własnym zakresie, postanowiłam trochę na jego temat poczytać. W internecie. Wcześniej jedynie przeglądałam talie. Natomiast w pewnym momencie zaczęło do mnie docierać, że tarot to coś więcej, niż rozkłady. I wtedy natrafiłam na książkę "Tarot Thotha. Klucz do zrozumienia". W ten sposób zapoznałam się z tą inną stroną tarota. I ciągle ją poznaję, oczywiście. Wiadomo, że pewne elementy tej wiedzy prawdopodobnie nigdy nie zostaną upublicznione, ale zawsze można korzystać z tego, co mamy.
Powracając do aspektu dywinacyjnego: jak już napisałam- jestem samoukiem. Zaczynałam z talią Gilded Tarot (o tyle szczęśliwie, że to talia bardzo klasyczna), która przyciągnęła mnie przez ekran telewizora. Po prostu: oglądam sobie program ezoteryczny, nagle mój wzrok kieruje się na talię, której używa wróżka (jakbym po raz pierwszy zobaczyła karty... :P) i trafia mnie coś w rodzaju strzały amora: "jaka piękna talia, muszę ją mieć!". Tak więc siadam przed komputer, wpisuję w wyszukiwarkę "tarot" i oto jest... Mój Gilded Tarot... Wtedy nawet nie znałam jego nazwy, ale talia była tak popularna, że odnalazłam ją niemal od razu. I od razu złożyłam zamówienie. Gdy talia przyszła, od razu się za nią zabrałam. Była to wersja angielska. Wtedy jeszcze nie władałam tym językiem tak, hmm... swobodnie, jak teraz, więc książkę odłożyłam i zabrałam się za karty. Pierwsza moja myśl: "no, to teraz się zacznie...", myślałam, że będę siedzieć i się uczyć. Jednak moja dość leniwa natura rzuciła mnie na żywioł i postanowiłam zrobić pierwszy rozkład- zupełnie intuicyjnie, bez niczego, po obrazkach. I znowu- jaka ja jestem wdzięczna swojemu lenistwu, że tak się stało...
Okazało się, że interpretacja nie sprawia mi większych problemów. Robiłam rozkłady dla siebie, czasem też dla rodziny (choć rzadko, bo to raczej niechętni sceptycy, jeśli chodzi o tego typu sprawy) i znaczna część ładnie się sprawdzała. Oczywiście pracowałam już wtedy nie tylko z kartami tarota, ale i z- wcześniej wspomnianymi- kartami runicznymi, a później z anielskimi i różnymi innymi. Jakoś bardzo łatwo odnalazłam się w świecie kartomancji.
Mój tok nauki kartomancji był dość luźny. Tzn. nie robiłam notatek, nie zapisywałam rozkładów. Być może bym to robiła, gdybym:
1. nie była tak leniwa
2. wpadła na taki pomysł lub przeczytała o nim (przy czym jako że nie czytałam o kartach, wszystko robiłam sama, to ostatnie nie mogło się zdarzyć)
Tak czy inaczej cieszę się, że było jak było. Wbrew wszystkiemu, wiele mi to dało. 

Na zakończenie, niejako w ramach podsumowania: moja droga z kartami rozwijała się (i ciągle rozwija) bardzo szybko. Praca intuicyjna, rozkłady i interpretacje intuicyjne, samodzielne działanie, samotna praktyka- to dla mnie podstawa i to właśnie są główne cechy mojej drogi przez świat kartomancji. Oczywiście w pewnym momencie zaczęłam szukać informacji na różnych forach, blogach, stronach- ogólnie mówiąc: w internecie (książek nt. kart nie kupowałam żadnych (poza tymi i tak dołączanymi do talii), nie były mi zbytnio potrzebne, krótko mówiąc), ale zawsze stawiałam na własne odczucia, własną wiedzę. Po prostu: zawsze ufałam sobie. I to jest dla mnie najważniejsze. Nie tylko w pracy z kartami, ale w ogóle w życiu.

Także tak wygląda moja historia z kartomancją... Pewnie wyszło nieco chaotycznie, na pewno pominęłam niechcący niektóre punkty, ale... taki ogólny zarys jest... Choć napisałam nie tylko o kartach... Ale wydaje mi się, że jednak lepiej się nie rozwlekać, dlatego postanowiłam, że napiszę tylko (lub raczej głównie) o mojej przygodzie z kartomancją. Gdybym chciała opisać swoją przygodę z całą ezoteryką (ogólnie mówiąc), to... no cóż, na pewno byłoby to dość długie i bardzo chaotyczne. ;)
Myślę, że zawsze przyjemnie jest poczytać sobie o tym, jak to ktoś zaczynał. Z tego, co wiem, wiele osób zaczynało, bo szukało pomocy. U mnie zaczęło się to zupełnie naturalnie, jakby był to po prostu etap dorastania. Nie towarzyszyły temu żadne trudności życiowe, chęć poznania przyszłości, itp. To przyszło samo. Dzięki mojej "odwiecznej" fascynacji wszelkimi "magicznymi" sprawami. Ale jednak samo.

Mam nadzieję, że przyjemnie się czytało i zapraszam chętnych do podzielenia się swoimi historiami. ;)

5 komentarzy:

  1. Ale nas rozpieszczasz tą ilością wpisów. Wielki ukłon w Twoją stronę. Piękny wpis. Wspaniała historia. Po zapoznaniu się z Twoim blogiem zawsze stawiałaś mi się przed oczami jako młoda i energiczna osoba. Jednak coś mi się nie zgadzało. Taka wrażliwość na świat, doświadczenie w dziedzinie ezoteryki - nie to musi być osoba dojrzalsza. Pomyślałam sobie, że po 15 latach pracy z kartami - może dojdę do podobnego poziomu ;). Teraz mam odpowiedź za którą bardzo dziękuję. Ja niestety nie mogę się pochwalić tak bogatą historią. Mogę jedynie wspomnieć, że moja "przygoda" z kartami zaczęła się dawno temu od kart anielskich Jeanne Ruland. W między czasie miałam kontakt z tarotem, ale tylko i wyłącznie jako ta druga strona, czyli ta której się wróży. Karty kładła moja mama. Odczyty były tak trafne, że aż mnie to przerażało. Do tego ta talia - Tarot Magów, Suligi . Tak - to wzbudzało respekt. Wolałam bezpieczniejsze rozwiązanie. Długo nie działo się nic aż do czasu gdy mojA uwagę przyciągnęły karty Doren Virtue. Gdzieś, przy okazji - w empiku;). Kupiłam spontanicznie. Po krótkiej fascynacji karty gdzieś się pochowały. Wydawało mi się, że są zbyt "pocieszające". To mi jakoś nie pasowało - ta ich prostota i emanujące z nich (aż za bardzo ) dobro. Jeżeli chodzi o inne "magiczne " sprawy to moim idolem jest miedzy innymi moja mama. Ja chyba nie odziedziczyłam jednak po niej wszystkich talentów.
    Jeszcze raz dziękuję za fantastyczny wpis:)) - Małgosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja dziękuję za podzielenie się swoją historią. :) Każda jest ciekawa, każda może być piękna.
      Niektórzy zaczynają swoją podróż bardzo młodo, niektórzy później; każdy ma swoją drogę i nie warto trzymać się jakichś ustalonych norm w rodzaju: "zaczynać z ezoteryką należy dopiero po 30-tce". Ponieważ każdy jest inny, każdy ma inne przeznaczenie, inny cel w życiu i inną drogę do tego celu. A że czyjaś odbiega od tej "normy" nieco bardziej- nie ma to znaczenia. Grunt to być sobą i żyć po swojemu. To tak na marginesie i w sumie dość uniwersalnie- nie tyczy się to tylko ezoteryki. :)
      Do wszystkiego trzeba dojrzeć, a każdy przecież dojrzewa inaczej. Właśnie dlatego postanowiłam podzielić się moją historią, żeby pokazać, jak różne mogą być nasze ścieżki duchowego rozwoju. Niby oczywiste, ale nie zaszkodzi skrobnąć parę słów o sobie. ;) A nuż będzie to dla kogoś inspiracją, motywacją, pomocą.

      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  2. Bardzo mądre słowa. Inspiracja olbrzymia:). Wpis naprawdę robi duże wrażenie,

    Pozdrawiam gorąco:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Lubię czytać takie historie. :) Są bardzo inspirujące.

    Ja osobiście, jak właśnie przed chwilą napisałem pod innym postem, zacząłem od talii anielskiej Doreen Virtue, 'Daily Guidance from Your Angels'. I choć był to sam początek mojej drogi, to od razu udało mi sie złapać to "połączenie". Przez kilka miesięcy wróżyłem, głównie dla siebie, oprócz tego okazyjnie dla przyjaciela, bo właściwie nikomu o tym nie mówiłem. Ale pomogło mi to naprawdę rozwinąć moją intuicję - kiedy pisałem w dzienniku do kart, czułem się jakbym to nie ja pisał, ale jakaś siła to channelowała przeze mnie. Właściwie dalej tak mam - teraz tą siłę utożsamiam z intuicją oraz, jeśli pracuję np. z jakąś boginią lub aniołami, to również ich osobistą energią. Myślę, że kiedy postanowiłem kupić moje pierwsze karty, był to jeden z tych ważnych momentów w życiu (któraś powieść, nie pamiętam która, określała te momenty "kamienie życia", lub jakoś tak). Są to te chwile, kiedy dokonuje się wyborów, które zmienią nas bardziej niż sobie wyobrażamy. :)

    Później przyszedł czas również na tarota i na spróbowanie współpracowania z innymi motywami talii (te o energii bardziej 'przyziemnej' i te bardziej 'duchowe', czy też o różnych motywach, jak boginie lub kryształy). Najpierw obawiałem się pracy z tarotem, bo przecież nie nauczyłem się na pamięć wszystkich znaczeń, które wyczytałem na internecie. Jednak szybko się okazało, że i tutaj polegam bardziej na intuicji, i jakoś zawsze wychodziło mi to lepiej niż gdy zaglądałem do książki i próbowałem się do tego odnieść. Chociaż nadal doceniam, kiedy jest zrobiony porządny guidebook, to najczęściej wcale do niego nie zaglądam. :)

    Od tamtego czasu kupiłem kilkanaście talii (na każdej zapisuję też datę, kiedy ją kupiłem), no i moja "kolekcja" całkiem szybko się powiększa, bo kocham to, co robię. Przede wszystkim używam kart do rozwoju duchowego i życiowego, do wskazówek i kiedy potrzebuję "wsparcia". Wspomniałem też o dzienniku, i rzeczywiście, journaling jest bardzo ważną częścią mojej praktyki, no bo myślę, że jest to istotne, żeby móc sobie przypomnieć to, co się zapisało. Poza tym też dziennik pozwala mi jakoś "złożyć w formę" to przesłanie, które dostaję poprzez karty i intuicję. I dzięki dziennikowi mogę też spojrzeć w przeszłość, na postęp jaki zrobiłem, i na to, co wciąż wymaga pracy. I myślę, że jest to bardzo inspirujące. :)

    Pozdrawiam serdecznie,
    LM :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za podzielenie się swoją historią. :)

      No właśnie, ten journaling... Każdy ma swój styl pracy, mój nie obejmuje takiego zapisywania z pewnego powodu- poza moim lenistwem ;)- a mianowicie: nie jest mi to w sumie przydatne. Albo raczej nie byłoby. Czasami zapisuję pewne rozkłady (np. na pracę z talią, czy jakieś długoterminowe, albo takie "wskazówkowe"), ale nie zapisuję np. dniówek itp. Trochę męczące to by dla mnie było (gdybym miała tak zapisywać każdy rozkład), bo kiedy piszę interpretacje, to jest to strasznie długie i chaotyczne. Np. mam rozkład na 5 kart- opis każdej z nich zajmuje mi zwykle calutką stronę A4, a piszę maczkiem. Nie wyobrażam sobie, ile ja bym miała tych zapisków... Ale pewne rzeczy zapisuję, choć nie robię tego od początku mojej przygody z kartami.
      Fajne jest w tym notowaniu to, że mamy coś w rodzaju pamiętnika opisującego nasz rozwój w pracy z kartami. Choćby i z tego względu warto prowadzić sobie taki "pamiętnik". Ale ta droga to jednak nie moja droga.

      "(...) kiedy pisałem w dzienniku do kart, czułem się jakbym to nie ja pisał, ale jakaś siła to channelowała przeze mnie"- mam bardzo podobnie. :) Właśnie ciekawe jest, jak wygląda ten proces pisania, bo myślę, że jest on jednak bardziej złożony, niż może się wydawać... Intuicja gra rolę, oczywiście, ale na pewno "maczają w tym palce" również pewne byty (z braku lepszego słowa), m.in. przewodnicy duchowi czy istoty, z którymi pracujemy, np. elfy... Nasza podświadomość również ma swój wkład. No i zapewne wiele innych "cosiów". Zależnie od przypadku coś z w/w na pewno będzie grało główną rolę w procesie pisania. Takie moje przemyślenia...

      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń

Masz ochotę podzielić się słowem? Zapraszam! :)