czwartek, 22 września 2016

Parę słów o samoakceptacji, autointegracji i miłości do samego siebie

W pracy nad sobą szalenie istotna jest akceptacja. Ale nie taka pt. "kocham siebie i nie zamierzam siebie zmieniać, bo tak jak jest, jest super". Nie. Taka akceptacja jest niczym zalanie siebie cementem i zaschnięcie w teraźniejszości. A nie o to chodzi. My się mamy rozwijać, a nie zasychać. ;) Tak więc w pracy nad sobą chodzi o ZDROWĄ AKCEPTACJĘ, tzn. taką pt. "jestem tu i teraz, taki jaki jestem i akceptuję to, nie wyrzekam się żadnej części siebie, nie dyskryminuję żadnej części siebie- ale wiem, że pewne rzeczy powinienem zmienić, udoskonalić. I wiem, że jeśli tylko tego zapragnę, będę w stanie to zrobić. Bo wszystko zależy ode mnie". No właśnie. Nie możemy jakichś części siebie nienawidzić, dyskryminować, wyrzekać się- ponieważ co w nas odrzucone, to zwraca się przeciwko nam (wiecie, prawo cienia). My nie mamy się dezintegrować- a właśnie to się z nami dzieje, gdy wyrzekamy się pewnych części siebie, gdy ich nie akceptujemy. Dezintegracja. A to absolutnie nie jest naszym celem. Naszym celem jest integracja- pełna integracja, harmonia poszczególnych części nas. A to osiąga się poprzez akceptację tych wszystkich poszczególnych części.
Tak więc zdrowa akceptacja, no i odpowiednie działanie, samodoskonalenie się.
Tak to ma być. Mamy być pełnią sami w sobie (czyli nie tylko jako społeczność, lecz każdy z nas jako jednostka), a nie zdefragmentowanymi, zakompleksionymi (bo właśnie do kompleksów prowadzi brak akceptacji- logiczne) maluczkimi. ;)


Jak pisałam w tym poście, nieakceptowanie pewnych części siebie prowadzi do powstania w nas cienia (który to właśnie jest tymi wszystkimi częściami nas, które odrzuciliśmy, których nie akceptujemy)- no a to nie jest zdrowe. Nie tylko dlatego, że np. w momentach braku samokontroli (przykładowo: gdy pojawi się jakiś bodziec, który wywoła u nas silne, nieopanowane reakcje emocjonalne) ten nasz cień może się "zbuntować" i przejąć nad nami kontrolę, mówiąc krótko, lecz również dlatego, że nasz umysł, wedle naszego polecenia pt. "nie akceptuję tej części mnie", będzie się starał tę część nas schować, by nie ujrzał jej świat, a więc umysł będzie zamykał te pewne części nas, chował je przed światem, co równa się temu, że my sami się zamkniemy na świat.
No bo wiecie, ludzie, którzy się w pełni akceptują, raczej nie mają problemów z otwartością, co nie? ;) Tylko ci, którzy nie akceptują siebie, są zamknięci w sobie- tym bardziej, im bardziej siebie nie akceptują, im więcej części siebie odrzucają. Wśród swoich, na przykład, potrafią być swobodni, bo wśród swoich się tych części siebie nie wstydzą, ale już na ulicy mają tę blokadę pt. "ludzie nie mogą zobaczyć tej i tej mojej cechy". No i się zamykają- właśnie po to, by inni tej ich cechy nie zobaczyli.


Autentyczność to sprawa bardzo ważna- każdy z nas powinien uczyć się bycia sobą (tym właśnie jest autentyczność). No a klucz do autentyczności to właśnie akceptacja.

Wiadomo zresztą: nikt nie jest idealny. Wymaganie od siebie doskonałości to absurd i poniekąd samookaleczanie- tylko że na poziomie psychicznym. Zadajemy sobie rany, odrzucając pewne części siebie- defragmentujemy się, rozwalamy swoją pełnię, swoją harmonię na rzecz utopijnej doskonałości. Nie ma czegoś takiego jak doskonałość. Nawet Źródło (czyli ta energia, z której powstało wszystko i którą jedni nazywają Absolutem, inni Wielkim Duchem, jeszcze inni Głównym Dyskiem, jeszcze inni Bogiem, itd.) nie jest doskonałe- bo gdyby było, to przecież po co by się miało ciągle i ciągle doskonalić? No właśnie. A robi to. Doskonali się, rozwija, doświadcza. Bo nie ma czegoś takiego, jak szczyt doskonałości (pisałam o tym w tym poście).
Nikt nie jest idealny. I to jest doskonałe samo w sobie (być może paradoksalnie)- ponieważ istnienie niedoskonałości pozwala na osiąganie coraz to większej i większej doskonałości (ponieważ dzięki temu możemy się ciągle rozwijać, doskonalić. Gdybyśmy byli doskonali, to nie mielibyśmy czego rozwijać, doskonalić. Bo właśnie istnienie niedoskonałości umożliwia rozwój- gdyż ta niedoskonałość może się rozwijać i stawać coraz doskonalsza. A istnienie to rozwój- stały, ciągły, nieustający rozwój).
Nikt nie jest idealny. A zaakceptowanie siebie- to zdrowe zaakceptowanie- jest kluczem do rozwoju. Bo poprzez zdrową akceptację nie utykamy w tym, co jest teraz- kochając siebie totalnie i ślepo- lecz jesteśmy w zgodzie z naszą niedoskonałością, tolerujemy ją, nie wyrzekamy się żadnej części nas (czyli nie defragmentujemy się) i rozumiemy ją (tą niedoskonałość), rozumiemy, że ona po coś jest- właśnie po to, byśmy na niej pracowali, doskonalili ją; no i dzięki temu- dzięki tej świadomości, dzięki tej zdrowej akceptacji- możemy zdrowo się rozwijać, pracując odpowiednio nad naszymi niedoskonałościami. Możemy czegoś nie lubić, lecz powinniśmy zawsze akceptować- zdrowo akceptować. No i działać, by to, co nam się w nas nie podoba, zmieniać, doskonalić, rozwijać. A nie odrzucać.


Na tym polega życie: na ciągłym doskonaleniu się, na ciągłym rozwoju. Sednem i sensem istnienia jest rozwój. Gdyby nie było czego rozwijać (czyli gdyby wszystko było doskonałe), to... niczego by nie było, nic by nie istniało. Bo rozwój to zmiana. A zmiana dzieje się ciągle. A więc gdyby nie było zmiany, nie byłoby dziania się, nie byłoby ruchu- wszystko by się zatrzymało i zamarło.

A istniejemy. Żyjemy. Po to, by się rozwijać. Po to, by się doskonalić. Po to, by swoje niedoskonałości czynić coraz doskonalszymi. I po to by swoje "doskonałości" czynić jeszcze doskonalszymi. Tu nie ma granic. W rozwoju nie ma granic. Dlatego rozwój dzieje się ciągle. Dlatego nigdy nie można dumnie osiadać na laurach. Bo zawsze jest coś więcej... Bo zawsze można być lepszym. Bo jeśli ustaniemy, zaczniemy się cofać. A nie o to chodzi. Mamy iść dalej, naprzód; ciągle. Mamy się rozwijać i wzrastać- każdy swoją drogą. Każdy sam, jeden- jako jednostka- jak i jako część całego Istnienia. Rozwijając siebie, rozwijamy innych- automatycznie. I działa to nie tylko na zasadzie inspirowania innych, by oni sami się rozwijali, ale również na zasadzie: "wszystko jest połączone, wszystko jest jednością"- gdyż na tym najbardziej podstawowym poziomie wszystko jest jednym, czyli Źródłem. A więc, wobec tego, że- na tym pewnym poziomie- wszystko jest połączone, że wszystko jest jednym, jeśli jedna część tej jedności coś robi, to wpływa to na wszystkie pozostałe tej jedności części. Każdy z nas jest odrębnością; ale na tym podstawowym poziomie wszyscy jesteśmy jednym.
Na tym podstawowym poziomie wszyscy jesteśmy pełną, kompletną jednością. Ale na poziomie ludzkim jesteśmy odrębnościami (tzn. każdy z nas jest jedną osobą, a nie całym światem) i doświadczamy dezintegracji. Doświadczamy, bo doświadczanie rozwija. Ale jeśli jest doświadczane aktywnie, a nie biernie- tzn. jeśli my z tego doświadczenia wyciągamy lekcje i wykorzystujemy je, by się doskonalić. A aby się doskonalić musimy- między innymi (jakkolwiek w istocie jest to klucz)- się zautointegrować. Ponieważ osiągnięcie stanu autointegracji równa się osiągnięciu stanu harmonii osobistej/wewnętrznej- a ten stan gwarantuje harmonijne współdziałanie wszystkich poszczególnych części nas. I właśnie ten stan umożliwia nam szybkie i skuteczne wzrastanie w rozwoju, doskonalenie się- ponieważ nie ma w nas tych wszystkich blokad. A więc rozwijamy się płynnie.

Tak więc autointegracja to jest klucz.
Autointegracja to zintegrowanie wszystkich części siebie- tak, by stworzyły pełnych, harmonijnych nas. Jest tu więc praca z cieniem- czyli z tymi odrzuconymi częściami nas. A w tym: praca z mrokiem (czyli z tą mroczną częścią nas), z wewnętrznym dzieckiem (wspomnienia, wpływy z młodości), no i generalnie praca z podświadomością (różne programy, przekonania, itd).
Autointegracja to nie takie "hop-siup i już". To jest proces. Proces, który wymaga od nas przede wszystkim samoakceptacji. Bez tego ani rusz z autointegracją. Chcemy poskładać się w całość- musimy objąć siebie zdrową akceptacją (podkreślam: zdrową). W pełni, całkowicie, bez wyjątków.

NA PRZYKŁAD: Jesteśmy otyli. Ale kochamy siebie. Z tym że nie pt. "ja totalnie akceptuję to, że mam ileś tam kilogramów za dużo- nie mam nic do tego, kocham siebie takim jakim jestem"- bo to nie prowadzi do zmian. No a zmiany są potrzebne- inaczej nie ma rozwoju. Jeśli mówimy zmianom "nie", blokujemy się przed rozwojem. Jeśli jesteśmy- na ten przykład- otyli, to powinniśmy to akceptować, a nie nienawidzić, ponieważ nienawiść i tak nie pomoże, a tylko nas to uczucie zdołuje. Jednak nie chodzi- jak zresztą już wyjaśniłam- o tą ślepą akceptację, lecz o zdrową akceptację, czyli taką, która otwiera nas na działanie, nie dezintegruje nas ani nie zatrzymuje w stanie obecnym. Taka akceptacja- zrozumienie, że: "jestem tu i teraz, taki jaki jestem i dobra, nie rzucam się, nawet mimo że mi się to nie podoba, bo wiem, że jeśli tylko zechcę, mogę to zmienić"- służy rozwojowi. I jest zdrowa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Masz ochotę podzielić się słowem? Zapraszam! :)