niedziela, 28 października 2018

Minął czwarty rok

...a mi trochę dziwnie z tą świadomością, bo z jednej strony wowszybko zleciało, a z drugiej mam wrażenie, że bloguję od dużo dawniejszego dawna.

Ech, te liczby. Oraz: ech, ten czas.


To co, może jakieś refleksyjki z okazji. O moim blogowaniu, bo to chyba najadekwatniejsze. A i może ciekawie wyjdzie. Właściwie, trochę mam różnych cośków do napisania, które właśnie – jak się ładnie złożyło! – w ten post będą pasować jak ulał i nie przelał ni nie rozlał.

Pierwsza rzecz: zmiany. To zawsze jest na topie, bo wszystko się stale zmienia przecież. W związku z czym, dalej aktualne jest to, co chyba zawsze w tego rodzaju postach było: wow, ile się zmieniło w ciągu tego roku!

Ano dużo, mam wrażenie. Dużo zmian w życiu —> dużo zmian w umyśle (bowiem co w życiu, to w głowie) —> dużo zmian w działaniu (bowiem co w głowie to w życiu).

Podoba mi się, w sumie, w którą stronę się te zmiany toczą. Nie wszystkie zmiany są perfekcyjnie tak-jak-chcę (no chyba by życie moją bajką być musiało), ale po niemałej części idę tam, gdzie rzeczywiście CHCĘ iść. To bardzo miłe, naturalnie.

I umożliwiam to sobie (to iście tam gdzie chcę dojść) aktywnie, bowiem: wyznaczam sobie pewne cele/idee/marzenia, następnie staram się je osiągać. Programuję się na dotarcie tam, gdzie chcę, innymi słowy.

A to, gdzie się chce dotrzeć (na przykład), w pierwszej kolejności wynika z naszych treści mentalnych, oczywiście (tzn. zawartości naszego umysłu). Każde coś (np. działanie) to produkt poprzedzających treści, każde coś (np. działanie) ma swoje konkretne podłoże w poprzedzających treściach.

Znikąd to się nic nie bierze. (chyba że by mówić o tym, z czego wszystko się wzięło/zrobiło/powstało w pierwszej kolejności).

Tak więc, wiele z owych zmian, jakie się w ciągu ostatnich – no, skoro to post rocznicowy – dwunastu miesięcy wydarzyły, to była zasługa/produkt moich celowych działań. Produkt mojego świadomego/celowego/intencjonalnego karmienia się treściami adekwatnymi do owych celów (a więc, programującymi mnie właśnie ku nim/na nie).

Zaś jakie owe cele były – wracając do tego, przy czym zrobiliśmy wcześniej skręt w boczną ścieżkę innego tematu – to kwestia tego, jakie treści do mnie docierały w ciągu owego czasu, reagując z moimi treściami i modyfikując je – dając w produkcie/efekcie m.in. moje nowe cele, marzenia, itd. (szerzej rzecz biorąc: zmieniając mnie tak w ogóle, tak po całości). (często będę pisać takie rzeczy w postach, aczkolwiek prawdopodobnie mniej dziwnie one będą brzmieć, jeśli nie będą tak wrzucone nagle i nie wiadomo skąd).

"jedno zdanie/wyrok może zmienić czyjeś życie"

CZARNO NA BIAŁYM TAK PIĘKNIE
czyli 
CZEMU (JUŻ) NIE LUBIĘ POEZJI I FANTASTYKI

Jedna z rzeczy, które się zmieniły, to to, że zbrzydły mi poetyzmy i kolorowości językowe (w większości). Teraz wolę język prosty, taki do rzeczy, konkretny, jasny. Język bardziej w kierunku naukowego, niż literackiego – tak to sobie ujmijmy.

Ponieważ obchodzą mnie fakty i konkrety. A nie subiektywności i mglistości-niejasności.

A tych drugich – tak swoją drogą – się w – MIĘDZY INNYMI (bo to w sumie do wszystkiego się odnosi, podejrzewam) – ezo-światku (no skoro ten blog się w sumie na ezoteryce skupia [co w moim słowniku oznacza, że na: (meta)psychologii (w tym, duchowości), metafizyce, metakosmologii]) panoszy co niemiara.

Co jest niezdrowe (bo ciemnota rośnie, zamiast więdnąć i obumierać – bo nikt jej nie wyplenia! Chwasty mają piękne, żyzne przestrzenie do rozwoju!), i czego ja (przynajmniej NA TERAZ. Na teraz i od pewnego czasu) mam dość.

Niestety, nie mogę powiedzieć, że nie jestem częścią owej grupy. Bowiem de facto jestem. Może nie bardzo mocno (mam przynajmniej taką nadzieję), ale jestem.

A zatem, jestem w tym momencie hipokrytą – właśnie ponieważ również i MOJE wypowiadanie się wcale wolne od niejasności i subiektywności nie jest, niestety, wtedy kiedy piszę teksty, w których takie właśnie moje wypowiadanie się powinno być (czyli nie takie jak ten, takie luźniejsze i bardziej osobiste, tylko edukacyjne – tak je sobie nazwę. Myślę, że to trafna nazwa).

Gdy się pisze o sprawach, gdzie liczą się FAKTY – a więc rozmaite edukacyjne teksty – powinno się pisać jasno. I konkretnie. I nie bawić się w – całkowicie zbędne, zresztą – poetyzmy czy obnosić ze swoimi uprzedzeniami, itp.

Nauka się nie kwiatkuje kolorowymi określeniami. To czysty, zimny, prosty język. Prosty w sensie – jednoznaczny i konkretny, a nie pełen niejasności, interpretacyjnych zawiłości i barwnych metafor.

Na takie formułowanie wypowiedzi jest miejsce w tekstach literackich. A nie edukacyjnych. (moje zdanie).

"Jesteś niebem pełnym gwiazd". I co TO niby znaczy? Czy ktoś może mi to wytłumaczyć?

Właśnie, to powyższe to dobry przykład rzeczy, których nie lubię. Kiedyś by mi się... pewnie podobało. Nie wiem. Teraz, jednakże, porobiły mi się zmiany. Chcę konkretów. I zwyczajnie nie lubię takich ładnych-ale-tylko-ładnych tekstów. Są dla mnie trochę bezwartościowe. Płytkie. Takie "o, żeby było ładnie i artystycznie i aesthetic". Ale CO to tak właściwie ma za sens (poza urodą)?

Nie wiem. Nie wiem. Ostatnio po prostu żądam rzeczy Z SENSEM. A nie takich "po prostu żeby ładnie było". I dlatego takie rzeczy jak ta powyżej mnie drażnią. Bo wydają mi się bez sensu. Płytkie.

Hah, problemiki mam.

No cóż, nikt nie jest idealny. Ani nie musi być.

Wracając do bycia konkretnym w wyrażaniu się: no więc, ja nie zawsze wyrażam się najszczególniej najkonkretniej jak się da. Ale przynajmniej próbuję. To już coś.

Inna sprawa, jednakże, to to, czy mimo prób bycia konkretnym i jasnym w przekazie, nie wypisuję – w dalszym ciągu (tzn. tak jak to było kiedyś, w tych starych, ciemnych (w sensie wiedzy, ogarnięcia w różnych sprawach) czasach) – głupot.

Cóż, znikąd się rzeczy nie wie. Wszystko jest nieoczywiste, zanim stanie się oczywiste.

Poza tym, stale się czegoś uczymy. Jedni mniej, inni więcej – zależy od ich trybu życia, od tego, jak bardzo umożliwiają informacjom dopływ do nich (np. jak dużo szukają informacji).

No i ja się ostatnio uczę bardzo dużo. Praktycznie, jak się zaczął 2018, ruszył etap ogarniania mnóóóstwa spraw tak bardzo lepiej niż wcześniej (to kolejny już raz kiedy przełom naszego kalendarza = duże zmiany u mnie. Ciekawy zbieg okoliczności).

A owo jeszcze większe i dynamiczniejsze uczenie się i ogarnianie to efekt tego, w pierwszej kolejności, że jeszcze bardziej i głębiej SZUKAM.

Pytania —> odpowiedzi. Co nie. (pytanie tylko, czy Prawdziwe odpowiedzi! No bywa trudno ogarnąć. Klucz jest taki, żeby w ogóle PRÓBOWAĆ ogarnąć, żeby SZUKAĆ, kopać, drążyć. A nie zatrzymywać się wygodnicko na pierwszych lepszych informacjach).

Próbuję się edukować we w miarę przyzwoity, sensowny sposób. Co w sumie dalej pozostaje bardziej samodzielnymi dochodzeniami niż korzystaniem z zewnętrznych źródeł wiedzy (choć ostatnio podczytuję trochę w tematach mi odleglejszych a interesujących mnie.

I nie wiem, czy tylko mi się wydaje, ale to, do czego już wcześniej udało mi się samodzielnie dojść (albo po prostu było wnioskami nieuświadomienie przeze mnie wyciągniętymi z już kiedyś nabytych od innych treści... Co NIE jest wykluczone) okazuje się potwierdzać w tym, co czytam.

Co jest dość satysfakcjonujące – coby nie grać, niepotrzebnie zresztą, skromnego. Takie ogarnianie że "wow, czyli serio mam rację w tych swoich domyślunkach! No nieźle, do czego to można samemu dojść; ile można ogarnąć samodzielnie, jeśli się tylko zrobi trochę umysłowego wysiłku i POMYŚLI".

Lubię samodzielność, dlatego tak mnie to cieszy. To poczucie, że nie potrzeba koniecznie do wszystkiego książek/internetu/specjalistów. Zresztą, wiele rzeczy w pierwszej kolejności ludzie odkryli właśnie tak: poprzez obserwacje i samodzielne wnioskowanie. Bo pomocy żadnych jeszcze nie mieli.

No dobra, wróćmy sobie).

Aczkolwiek problem leży też w tym, że wiele tematów, które poruszam w postach, są, niestety, bardzo ubogie, jeśli idzie o przyzwoite, porządne, WIARYGODNE źródła wiedzy (mowa o tematach takich bardziej odlecianych, jak to je zwę, a więc tych różnych energiach, magiach, dywinacjach, paranormalach, itp).

Napisać to se każdy i ktokolwiek może cokolwiek. Wiarygodne/y mało co/kto jest. Bo nawet jeśli nie kłamie per se, to nigdy nie wiadomo, czy ma rację.

I to jest problem.

W związku z którym jedną z wielkich – OJ, WIELKICH – zmian, jakie się w moim umyśle w ciągu tego minionego roku zadziały (ściślej, bardziej od grudnia 2017. Jeżeli to kogokolwiek obchodzi; ja tam lubię daty), było – że sobie ździebko informatycznym językiem napiszę (bo go lubię, choć jestem informatycznym ignorantem że aż boli) – wygenerowanie się w moim umyśle (i to nie było w sumie chcący i specjalnie, tylko tak mimochodem – stąd to "się") programu/treści pt. "KWESTIONUJ WSZYSTKO".

A, właśnie. Przypomniało mi się coś.

abstrakt, abstrakt... co tu widzisz? Widzisz to, co w głowie masz. (nawet samo to, ŻE oraz JAK (w sensie np.: kolory) widzisz ten obraz to zasługa twojego mózgu (oraz oczu)).

POSTOWI ULUBIEŃCY

Otóż, jako że jest to post rocznicowy – takie wielce luźne podsumowanie mojego blogowego roku – to myślę, że fajnie by było wrzucić tu listę tych postów spośród postów w ciągu tegoż roku opublikowanych, które klasyfikują się jako moje ulubione. Bo akurat jest parę takich.

Najpierw, te dwa:

cÓŚ tAKIEGO 
– orzeszkowe upinki i pół orzeszka

które osobiście uwielbiam z co najmniej dwóch powodów (aktualnie.

No bo się zmieniamy, co nie, więc to co jest teraz, niekoniecznie pozostanie takie na zawsze (pomijając fakt, że każdy z nas kiedyś umrze, i nawet jeśli do śmierci coś pozostało u nas bez zmian, to nasza śmierć zmianę temu przyniosła – bowiem przestaliśmy, np. lubić dane coś, BO PRZESTALIŚMY ŻYĆ, właśnie. Także tak)).

Owe powody to to, że:

1) czytanie ich za każdym razem wprawia mnie w bardzo przyjemny, z lekka dziwnawy nastrój. Myślę, że można go przyrównać, tak bardzobardzo na luzie, do stanu lekkiego podchmielenia. Ot, wesoły, luźny.

2) napisanie owych postów było moją formą przeprogramowywania się pt. "wykopujemy perfekcjonizm!". Okazało się, że napisanie ich rzeczywiście OGROMNIE mi w tym pomogło.

Choć nie mogę powiedzieć, niestety, że perfekcjonizm już mnie wcale nie blokuje. Tyle że ten który został, to perfekcjonizm dotyczący, nazwijmy to, profesjonalizmu w podejściu do wiedzy oraz w przekazywaniu wiedzy. Także jest to perfekcjonizm w bardzo konkretnym obrębie, a nie tak po całości i we wszystkim.

I w sumie, nie chcę specjalnie walczyć akurat z NIM, bowiem się okropnie przydaje. Mimo że jednocześnie trochę (bardzo) mi przeszkadza w dokańczaniu zaczętych projektów (czy raczej, postów, ściślej).

O, i kolejny wątek, który był w planach do tego posta.


WTRĄT:
PLUSY I MINUSY WYBIÓRCZEGO PERFEKCJONIZMU


No właśnie. Dużo mam postów do opublikowania (jak ktoś niezaznajomiony a ciekaw, może sobie zerknąć w zakładkę Wkrótce). Pracuję sobie nad nimi, kiedy mam wolny czas i ochotę. I robię koszmarny bałagan, gromadząc do nich notatki.

Tia, (największy) problem w tym, że mam tendencję do czucia potrzeby, by każdy jeden post napisać jak najbardziej bez-niedopowiedzianych-wątków, jak najbardziej pełnie (czyli takie pt. "to jest Ostateczny Post Na Ten Temat, więc ma tu być wszystko na owy temat"), i by każdy rozpoczęty wątek przedstawić jak najbardziej jasno i konkretnie (oczywiście do oceny tego, jak mi się to udaje, mam tylko siebie – no a czasem trudno jest ogarnąć, czy KTOŚ INNY zrozumie to, co się samemu napisało i co się wobec tego rozumie doskonale).

I to dlatego (no, poza paroma innymi rzeczami) owo moje pisanie postów się tak wydłuuuuża.

A potem wychodzi bałagan i wszystko na kupie i ugh komu się to będzie chciało czytać. To problem, który trzyma się mnie od... dawna. I któremu ciągle nie umiem zaradzić – najzwyczajniej w świecie dlatego, że nie potrafię się w pisaniu postów zdyscyplinować pt. "dobra, ma być TEN JEDEN DANY TEMAT, a nie milion milionów innych! Nie musisz odnosić się do każdego tematu poruszonego mniej lub bardziej mimochodem w każdym zdaniu każdego akapitu każdego posta!".

Ale ja lubię, jak jest jasno i konkretnie i wszystko ładnie i pełnie wyjaśnione (choć i tak nie mam takiego ogarnięcia, jeszcze, żeby faktycznie być w stanie tak ładnie i pełnie wszystko opisywać). I póki mi to nie zejdzie (szczerze, wolę, żeby nigdy nie zeszło. Bo się okropnie przydaje, mimo wszystko), moje blogowanie będzie takie niepoukładane.

Z jednej strony, pasuje mi, że mam tendencję do perfekcjonizmowania, doszlifowywania, wiecznego poprawiania, uzupełniania, ukonkretniania (co i tak wychodzi mi wciąż słabo), itd. swoich postów. Tyle tylko że – i to jest kawałek drugiej strony – nigdy w sumie, nie będzie idealnie. Więc tak trochę ścigam ułudę. To ździebko zasmucające.

Ale cóż, takie życie. Nikt nie jest idealny. (Ha! Jakkolwiek to JEST fakt, to lepiej by było, żeby nie uczynić go sobie uniwersalną wymówką! Tak, trza uważać... Bo łatwo nam jest iść na łatwiznę i w wygodę, i wymawiać się czymkolwiek się da. Oj, bardzo łatwo. No, przynajmniej z natury to na pewno – aczkolwiek poza naturą, mamy jeszcze wychowanie, które osłabia lub intensyfikuje/wzmacnia owy naturalny instynkt).

O, właśnie o tym piszę – ten poprzedni akapit – to jest dobry przykład tego, jak chcę wcisnąć wyjaśnienia, wcisnąć wszystko co na dany moment wiem odnośnie tego co piszę, w każde możliwe miejsce, niezależnie od tego, czy wnosi to coś do samego tematu posta, czy tylko robi bałagan.

Wcale niekoniecznie zbędny bałagan, zaraz, bowiem wiedzy (Prawdziwej) przecież nigdy za wiele! (ponoć).

Aczkolwiek tak sobie ostatnio myślę... że chyba jednak nie będę próbować pisać zwięźle. Nie będę bawić się w zwięzłość.

Bowiem mnóstwo ludzi ma śmiesznych rozmiarów problem z czytaniem ze zrozumieniem, z tego co obserwuję. Oraz, z wyrażaniem się jasno i konkretnie.

Zwięzłość jest spoko w komunikacji praktycznej, codziennej, użytkowej. Bo gdy np. zależy nam na czasie (albo zwyczajnie jesteśmy leniwi), mało kto będzie się bawił w budowanie ładnych, precyzyjnych wypowiedzi. Natomiast gdy mowa o komunikacji w obszarze edukacji, TEŻ, niestety, panuje tutaj, nierzadko, okropny BRAK ZWIĘZŁOŚCI.

Zatem – w ramach takiego a'la manifestu przeciwko temu, powiedzmy – nie będę pisać krótko i miło i zwięźle (rzecz w tym, że najwyraźniej i tak nie bardzo umiem. No więc, gwoli ścisłości poprawię: nie będę się starać tak pisać, chyba że by mi tak wychodziło samoistnie).

Będę pisać dokładnie, konkretnie i precyzyjnie (czyli z grubsza tak, jak i tak piszę normalnie/naturalnie. Cóż, mam przynajmniej wrażenie, że piszę konkretnie – ale ono może być błędne.

Ale ostatnio zauważam, że nierzadko dany wątek mam już tak obcykany, że zapominam, że ktoś może nie ogarnąć, o czym piszę, jeśli nie wytłumaczę wszystkiego po kolei jak krowie na rowie. Bywa trudno postawić się na miejscu kogoś innego).

Dokładność, konkretność i precyzja to takie trzy synonimiczne rzeczy, które są wielu ludziom zupełnie obce. Może pora by to zmienić.

Jasności w komunikacji nigdy za wiele.

Jeśli zaś ktoś woli krótko i zwięźle, to niech pójdzie tam, gdzie krótko i zwięźle jest. Ja tu nikogo nie trzymam. A że kasy z bloga nie zbijam, to i nie zależy mi specjalnie na ilości wyświetleń. Ten blog to dla mnie wirtualny notatnik – to, że inni go czytają, to tylko dodatkowa sprawa.

(Ale żeby ktoś zaraz błędnie nie zrozumiał i się nie uraził: nie chodzi o to, że traktuję tych, którzy tu zaglądają, przedmiotowo, czy coś pokroju tego. Przeciwnie.)

Nie jest to szczególnie profesjonalne podejście (w końcu inni ludzie to czytają, więc wypadałoby nie dokładać się do rozpowszechniaczy głupoty), i to trochę bardzo szkoda, ale trudno (inna sprawa, że tony innych nieprofesjonalnych osób wypisuje w internecie bzdury. Ot, taki właśnie piękny jest ten świat – głupota zawsze była, jest, no i zawsze będzie. Bo życie to pełne spektrum, co nie).

Ciekawi mnie, czy za ileś tam lat spojrzę sobie na swoje posty z teraz, na przykład, i stwierdzę, "eh, tamto to były słabe czasy". Pewnie tak. Pewnie kiedyś będę się śmiać ze swoich aktualności.

Jak to zresztą póki co stale jest, jeśli idzie o minione lata. Ciągle się człowiek rozwija, i stare czasy są takie śmiesznie-głupio niedorozwinięte.

Cóż, jeśli kiedyś moje zdolności ogarniania się w pisaniu oraz moja wiedza się poprawią, to przynajmniej będę mieć satysfakcję, że jestem wyżej niż kiedyś (oraz owe bałagany z przeszłości do zajęcia się :P).

Mawiają, że nie można mieć wszystkiego. Nie wiem, czy na pewno mają rację (no bo hej, nie znamy świata KOMPLETNIE), ale póki co, z własnych doświadczeń mogę to potwierdzić.

wrzuć na luz

Wracając do ulubionych postów (i masz, znowu mi się polazło w krzaki): Lughnasadh (2018).

Nie jest to specjalnie... składny post, ale lubię go za rodzaj treści, jakie się w nim ostatecznie znalazły. Trochę motywacji, trochę mojej ukochanej psychologii (heh, wiedza potrafi koszmarnie nadmuchać ego (poczucie siebie). Trza uważać, bo łatwo się stać (jeszcze większym niż wcześniej) IGNORANTEM).

No i przede wszystkim, w miarę ŻYCIOWY ten post jest, a nie jakieś słodzenia i cukierkowania o nieskończonych możliwościach w zasięgu twojej ręki jeśli tylko uśmiechniesz się i uwierzysz.

Miła kombinacja, jak na moje gusta (zwłaszcza ten realizm – bowiem uwielbiam realizm, fantasy niezbyt, zwyczajnie dlatego, że nie jest realistyczne.

Ot, różne się ma gusta).

Potem mamy Kwestionuj wszystko. AKA, jeden z najważniejszych postów na tym blogu – jeśli nie NAJważniejszy.

Gdyż ten post to m.in. moja manifestacja przeciwko ślepej naiwności, która stanowi warunki idealne do rozwoju ciemnoty, głupoty, ignorancji, itp. A więc tych cosiów, których nie znoszę – o czym już było wyżej.

Plus, owy post wyraża/przedstawia to, co jest moim, w sumie, #1 mottem: kwestionuj wszystko.

Od kiedy mój umysł się na to przeprogramował (z uprzedniej dość, niestety, sporej głupotki i naiwności, właśnie), tyyyle się zmieniło w moim podejściu. I w mojej wiedzy. Bo jak się SZUKA, jak się żąda KONKRETÓW, jak się DRĄŻY TEMAT, zamiast tylko powierzchownie go przejrzeć, jak się PODDAJE W WĄTPLIWOŚĆ WSZYSTKO... to się znajduje informacje, oraz, nie zatrzymuje się na tym, co się znalazło, nie ufa się ślepo, tylko brnie się wiecznie dalej i dalej, głębiej i głębiej.

Ot, nieustanne szukanie. I, w efekcie, nieustanne znajdywanie.

Nieustanne kwestionowanie wszystkiego + żądanie konkretów to takie dwa programy/treści mentalne, które seryjnie (przynajmniej w moim subiektywnym odczuciu) zmieniły mój umysł. A więc i, zmieniły moje działanie.

Nie tylko w wiedzy, w podejściu do wiedzy, informacji, ale W OGÓLE w moim mentalnym funkcjonowaniu (uściślam, że mentalnym, bowiem bez tego słowa można by to zrozumieć w odniesieniu do funkcjonowania ciała, na przykład. No a nie to mam tu na myśli – także to tak dla jasności, bowiem tego nigdy za wiele).

Bo to po prostu nowe oprogramowanie. Nowe "okulary mentalne". Odmieniony umysł.

Tak więc tak. Uwielbiam tamten post, ponieważ przekazuje bardzo istotne rzeczy. Plus, wyraża coś, co jest wielką, ogromną częścią mnie.
 

No i ostatni z miniono-blogoworocznych postów, które lubię najbardziej, to Mabon (2018). Ponieważ to post na jesień, a jesień to moja ulubiona pora roku (właściwie, chyba ex aequo z zimą – od zeszłorocznej zimy. Swoją drogą: mam nadzieję, że tegoroczna zima będzie FAKTYCZNĄ ZIMĄ, a nie jakimś marnym, posypanym garstką śniegu, przedłużeniem jesieni. Co się wyprawia z porami roku...) – no a owy pościk to taka moja mała galeryjka jesiennych wizuali. Lubię jesienne wizuale za to, jak mnie artystycznie nastrajają. Ponieważ trochę różności tworzę. Więc inspiracji nigdy za wiele.

Drugi powód to, znowu, sama treść posta. Zwyczajnie uwielbiam (pisać) rozmaite psychologiczności, no a ten post jest ich pełen. Dlatego bardzo go lubię. Wydaje mi się, że jest niezły.

Cóż, TERAZ mi się taki wydaje. Za ileś tam czasu pewnie stwierdzę, że jest słaby, bo albo będę – znowu – wiedzieć dużo więcej i okaże się, że można by było tamten post znacznie lepiej napisać, albo będę tworzyć posty bardziej poukładanie. Albo i to i to. Lub jeszcze coś innego.

Aczkolwiek teraz jest teraz. I na teraz, te pięć postów, właśnie, to moje ulubione spośród... właściwie, nie tylko tych z minionych dwunastu miesięcy, ale w ogóle ze wszystkich moich do tej pory opublikowanych postów. Wydaje mi się bowiem, że są sensowne i warte czytania. W porównaniu do większości pozostałych moich postów.

Dobra, to mamy z głowy. Co jeszcze...

Trochę ciężko mi się pisze takie posty. Takie nijakie. Bez konkretnego tematu. Takie mające być na luzie. Wydają mi się zbędne.

Być może mam trochę dziwne podejście do pewnych rzeczy. Albo zwyczajnie, powiedzmy, duże ambicje. I ciągle chcę lepiej, bo ciągle się przecież da lepiej – ale to takie wieczne dążenie do lepszego, i w sumie akurat przy takim np. pisaniu postów to NIE jest specjalnie praktyczne. Bo powstrzymuje przed dotarciem do końca. Bo wiecznie się chce lepiej. A przecież ciągle się rozwijamy (w domyśle), więc STALE będzie można lepiej.

Błędne koło.

Inna sprawa to to, że czasem faktycznie JESZCZE nie jest czas na dane coś. Jeszcze trzeba trochę poprawić sprawy (np. się doedukować). Żeby nie zrobić czegoś zbyt źle, zbyt głupiego (np. nie napisać głupot).

Zatem, ja się po prostu ciągle edukuję, próbuję upewniać, że nie piszę głupot (bo mam tego dość). Ile mi pewne rzeczy czasu zajmą, tyle mi zajmą. Mi akurat nigdzie w sumie z publikowaniem kolejnych postów nie śpieszno. Więc luzik. I tak daleko mi jak diabli do choćby nawet progu profesjonalności.

Także tak.

Co by tu dalej...

Właściwie, pewnie dużo, dużo, dużo i jeszcze więcej. Dużo znacznie ciekawszych i wartościowszych rzeczy można by tu napisać; a tak to to takie byle co (cóż, i na byle cosie jest miejsce). Ale takim tropem idąc, z tego posta powstałoby potworniaste giga niewiadomoco. O ile w ogóle doczekałby się publikacji, w pierwszej kolejności.

A że akurat przy tym poście ogranicza mnie data (chcę go bowiem wrzucić centralnie w rocznicę. Nie żeby taka precyzyjność była dla mnie ważna. Zwyczajnie fajnie jest wrzucać te rocznicowe posty dokładnie w ten dzień i godzinę, kiedy pierwszy post na tym blogu został opublikowany. Niektórzy ludzie tak mają; choć akurat ja nie wiem (jeszcze), z jakiego powodu), to sobie na tym poprzestanę. Ten post i tak nie miał być kolejnym mega pełnym informacji postem. Tylko takim luźnym, niewielkim pościkiem z refleksjami, z okazji kolejnej rocznicy mojego blogowania (bo, jak na razie, dalej lubię je pisać).

Oby tak dalej! życzę sobie. Bo póki co, mimo iluś tam usterek, podoba mi się to, gdzie idę, m.in. jeśli mowa o blogowaniu.

bo czasem, trzeba po prostu pozwolić temu wyjść – i czasem, ktoś musi nam o tym przypomnieć

Just write, have fun, a edytować i w perfekcjonizmy się bawić będziesz potem.

Jeśli faktycznie masz o czym pisać, to słowa będą leciaaały... Ot, surowe, nieobrobione tworzenie. Które będziesz sobie mógł ewentualnie włożyć w ramy przyzwoitości i obrobioności później.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Masz ochotę podzielić się słowem? Zapraszam!