niedziela, 6 stycznia 2019

Mini-podsumowanie roku 2018 + moje ulubione talie 2018


Dobiegł końca kolejny kalendarzowy rok. (kurczę. mam wrażenie, jakby dopiero co kończył się 2017. ależ ten czas pędzi) – i zaczął się nowy. Tak więc oto kolejny końcoworoczny, podsumowujący post. (nie wiem, czy będę takie pisać dalej, w przyszłości, ale póki co rzeczywiście mam co w nich pisać, zatem na razie je robię; bo czemu by nie).

Łagodna muzyczka na początek, jeśliby ktoś chciał. Ja lubię, to i wrzucam w tego rodzaju posty.


Lub na przykład – a wrzucę, bo również ostatnio przepadam (niektóre utwory bardziej mi się podobają, inne mniej, inne wcale, ale jest tam parę naprawdę dobrze mi podchodzących (nie zakładajmy, że nikogo to nie obchodzi :p)) – poniższy mix:


[Btw: styl graficzny taki jak ten w powyższym video, u-wiel-biam. Natomiast taki, jak ten w pierwszym, zdecydowanie nie jest, i nigdy w sumie nie był, moim kubkiem herbaty.

Po prostu wolę bardziej współcześnie wyglądające (w mojej ocenie, ogarnięciu) wizuale, aniżeli starsze, bardziej klasyczne. Nie wchodząc w szczegóły (bo wtedy mogą się trafić wyjątki), nie przepadam za klasycznością – w żadnym jej ujęciu, odsłonie.]

A teraz do rzeczy.

Mnóstwo się zmieniło w ciągu tego minionego roku (tzn. 2018, w razie gdyby ktoś nie był pewien, o jaki przedział czasowy mi chodzi). Znowu.

Dużo się dzieje wokół nas – to i dużo zmian zachodzi w nas.

Co mogę stwierdzić o 2018 roku (jeśli chodzi o MOJE własne doświadczenia) to to, że był pełen edukacji. Dużo pełniejszy i dynamiczniejszy pod tym względem niż poprzednie lata.

Co mnie niezmiernie cieszy. Mam po prostu ogromną satysfakcję z tego, jak zmieniła się i wzbogaciła moja wiedza w wielu tematach w ciągu minionych dwunastu miesięcy. Wydaje mi się, że dosłownie właśnie DOKŁADNIE z początkiem 2018 się ta jazda zaczęła.

W każdym razie: dużo się we mnie zmieniło.

Przypominam sobie siebie sprzed roku i tak myślę, że ja z wtedy a ja z teraz to, naprawdę, dwie bardzo różne osoby. Może niekoniecznie od razu całkiem różne, ale mam wrażenie (aczkolwiek ono jest bardzo subiektywne – mimo że staram się patrzeć jak najbardziej obiektywnie), że więcej jest różnic niż podobieństw.

Wiele starych rzeczy pozostało w moim umyśle mniej lub bardziej nietkniętych, aczkolwiek ogromnie dużo doszło i wpłynęło na to, co już było.

Mój poziom ogarnięcia w pewnych tematach to jedno (wtedy był denny. Teraz wciąż nie jest chyba jakiś genialny, aczkolwiek wydaje mi się, że wielokrotnie lepszy niż dawniej. Natomiast WCIĄŻ pozostaje wiele, bardzo wiele spraw, które są mi nieznane, a które mnie interesują (nie wspominając już o tych, których nie mam w ogóle na celowniku :p). Tak więc stałe, ciągłe edukowanie się!).

Natomiast poza tym, zmieniły się – a to bardziej diametralnie, a to mniej – moje poglądy na wiele spraw. Oraz, na przykład, moje gusta.

No właśnie: moje gusta.

ZEJŚCIE NA ZIEMIĘ

Jeszcze na początku roku stabilnie wśród moich preferencji leżały... no dobra, nazwę je ogólnie (choć pewnie nie każdy zrozumie) treściami yin. Wiecie, yin-yang; to pewnie każdy zna/słyszał o tym. No więc, dawniej, moje preferencje skłaniały się ku treściom klasyfikowanym jako yin, to jest: poezja, dramaturgia, emocjonalność i fantastyka.

Niekoniecznie po drodze mi było dawniej do konkretności i precyzji, do rzetelnej wiedzy i ogarnięcia, do skupiania się na faktach i podawania w wątpliwość niepewników, do obiektywnego podejścia, a więc, jak najmniej subiektywnego, jak najmniej osobistego (krócej określając: podejście yang. Czyli zupełnie drugi koniec kija, co nie).

Początek roku to wciąż jeszcze była ta dawna wersja mnie: ta bardziej odleciana, nierozgarnięta, żywiąca zamiłowanie do fantastyki, magiczności, klimacików.

Którymi teraz – i od około... maja/czerwca, zdaje się – raczej gardzę. W sensie, tia, i to ma swoje plusy (jak wszystko), ale, jak wszystko, ma też swoje minusy. I dla mnie-aktualnie, ma raczej minusy. Ale o tym za moment.

No więc, teraz – w wyniku rozmaitych moich doświadczeń, które miały miejsce w przeciągu tego roku – można powiedzieć, że zmieniło mi się to o 180 stopni. Zatem, teraz wręcz nie znoszę powyższych.

Przepadam za to za:

dosłownością, jasnością i prostotą przekazu (a więc jak najmniej możliwości do interpretowania, przeinaczania, jak najmniej domyślania się o co biega, jak najmniej metafor, przenośni; tylko prosty, powiedzmy, naukowy język, jasny i oczywisty)

konkretami, precyzją (zatem precz z mglistościami i rozmytym przekazem! Ma być wiadomo, o czym się mówi! Ma być przejrzyście i zrozumiale! Konkretne definicje, konkretne opisy, wyjaśnienia! A jak konkretów brak, to mówimy szczerze, że nie wiemy, i szukamy brakujących informacji, a nie wymyślamy w miejsce swoich wiedzowych luk bajeczki, byle kit byle był)

faktami (tak więc – jak zresztą przed chwilą było – zero bajek, bajdurzenia. Ma być pewnie, a nie "domyślam się". Zaś co jest niepewne, to staramy się wyjaśnić, dojść o co biega, uzupełnić informacje (przy tym, ciągle zachowuję mindset pt. "kwestionuj wszystko, bo nigdy nie wiadomo na pewno!"), a nie zalepiamy je fikcyjnościami, bajeczkami.

Teorie – pewnie, jakoś trzeba zacząć. Ale nie opieramy się na tych teoriach jak na Gwarantowanej Prawdzie, tylko SZUKAMY ich potwierdzeń bądź zaprzeczeń. Bo sama teoria, niepoparta dowodami, to puste założenie, a nie wartościowa wiedza)

obiektywnym podejściem (a więc na sucho, na zimno, faktualnie. Zero subiektywizowania, zero emocjonowania się. TO wywalamy POZA obraz – nie ma prawa tego być. Interesuje nas SAM TEMAT, a więc czyste, suche, jasne fakty. A nie subiektywne oceny, opinie, osądy, uprzedzenia, emocje, oczekiwania, życzeniowe patrzenie/interpretowanie.

Po prostu, nie ma NAS w obrazie, jest jedynie SAM TEMAT – a my, ze swoimi pragnieniami, lękami, uprzedzeniami, blokadami, itd., tu nie przeszkadzamy)

realistycznością (czyli w sumie to samo, co w poprzednim akapicie: patrzymy na FAKTY. Na to co JEST. Wywalamy personalne uprzedzenia, lęki, życzeniowe interpretacje, oczekiwania. Nie zaciemniamy obrazu (pesymizm), ani go nie rozjaśniamy, lukrujemy, cukrujemy (optymizm) – ma być po prostu TAK JAK JEST. Fakty. I tyle. Nic więcej.

Interesuje nas real, a nie bajeczki. Interesują nas fakty, a nie mity, wierzenia, przekonania. Interesuje nas Prawda, a nie prawda. Nie uciekamy w chmurki, tylko maszerujemy stabilnie po ziemi. Otwieramy oczy i ogarniamy, co JEST, a nie trzymamy je zamknięte i wyobrażamy sobie, jak CHCIELIBYŚMY żeby było)

szczerością (tak więc nie owijamy w bawełnę, tylko walimy prosto z mostu, dosadnie, bezczelnie, wręcz, bezpośrednio. Matter-of-fact podejście (czyli: faktualne, skupianie się na faktach, patrzenie na fakty, a nie zajmowanie się opiniami, przypuszczeniami. Bez emocji, na chłodno, na sucho. Bez personalności, subiektywności).

Boli? Trudno. Takie życie: nie ma tu tylko przyjemności, jest PEŁNE spektrum, i jeśli chcesz być realistyczny, musisz to pełne spektrum ogarniać, a nie filtrować sobie postrzegania świata tylko na, na przykład, pozytywne dla ciebie treści (piszę "dla ciebie", bowiem co dla kogo pozytywne a co negatywne to kwestia subiektywna. Co dla jednego dobre, dla innego szkodliwe.

Nic nie jest Obiektywnie Dobre/Złe, tylko, jest tym czym jest, ma takie cechy i właściwości jakie ma, i na to działa tak, na tamto siak. Na jedno działa korzystnie, więc dla niego będzie dobre, a na drugie działa niekorzystnie, więc dla niego będzie złe. Ale tak o, samo w sobie, bez niczego do oddziaływania na, to coś po prostu jest, i tyle, jest tym czym jest, i nie jest ani dobre ani złe).

Nie bawimy się w słodkości i bycie kochanym i milusim – a już na pewno nie tylko dlatego, by otoczenie nas aprobowało i nas lubiło (cóż, pragnienie pozytywnego stosunku otoczenia do siebie to naturalność). Będziemy ostrzy, bezczelni, szczerzy, matter-of-fact, a nie bawili się w granie potulnej, odmóżdżonej owieczki dla lubiącego słabszych od siebie, i nauczonego że lepiej jest być miłym niż mieć rozum, otoczenia

(cóż, w instynkcie samozachowawczym, staramy się działać tak, by otoczenie nie nabrało do nas negatywnego nastawienia; więc jednak trzeba z umiarem, trzeba umieć dopasować się do sytuacji, coby sobie bidy swoją ostrością nie narobić. Komuś się może nie spodobać nasza bezczelność, i może nam przywalić w pysk – a tego raczej, jasna sprawa, nie chcemy).

Obnażamy fakty, ściągamy maski, przebrania, pozory, kłamstwa, upiększenia, filtry, etc. – bezlitośnie. Nie zostawiamy suchej nitki. Wywalamy udawanie, wywalamy pozerstwo, efekciarstwo. Wywalamy dekoracyjki, klimaciki, ozdóbki. Wywalamy make-upy, ładne ubranka – ma być czysta, surowa, naga PRAWDA. Zero fantasy, zero bajeczek, zero przekoloryzowania prawdy, ubarwiania, upiększania, klimacikowania – ma być REAL, mają być FAKTY. A nie dekoracyjki, klimacik, uprzyjemnienia, zmiękczenia.

Po prostu surowa, bezduszna szczerość.

Fakty bywają bolesne, i sztuką jest umieć je przyznać, a nie uciekać od nich w swoje uprzyjemnione wersje rzeczywistości. Z natury jesteśmy na przyjemność zorientowani, natomiast wychowanie może owy instynkt zintensyfikować lub osłabić)

dystansem (tak więc znowu: zero subiektywizowania, tylko jak najbardziej obiektywne podejście, spojrzenie.

UWAGA: nie chodzi o to, żeby tłumić emocje – NIE! Chodzi po prostu o to, żeby nie umieszczać ich sobie na piedestale jako jedyny nawigator, tylko żeby umieć patrzeć racjonalnie, faktualnie, OBIEKTYWNIE, a nie subiektywnie.

A już zwłaszcza, żeby kiedy się bada jakiś temat (np. śmierć (w tym, samobójstwo), seks, etc. – czyli takie raczej, dla wielu, niekoniecznie wygodne lub niekoniecznie lekkie tematy), umieć wywalić siebie (ze swoimi uprzedzeniami, życzeniowym myśleniem, itd.) poza obraz, i skupić się na samym tylko temacie, na samych faktach o nim, a nie na tym, co MY byśmy chcieli żeby było faktem, na tym, co nam się wydaje że może być faktem, na tym, że nam się dany fakt nie podoba więc ignorujemy go, etc.)

humorem (a więc zero podniosłości, powagi, wyniosłości – tylko jak najbardziej dystansik, na luziku. Podejście faktualne, aczkolwiek zabarwione humorem. Coby nie przepoważnić. Humor pomaga się zdystansować i spojrzeć obiektywniej, wyjść z własnej głowy, tak zwanie (czyli patrzeć mniej subiektywnie – a tym samym, bardziej obiektywnie, właśnie).

DLATEGO go lubię (bo jest pro-obiektywność, a żądam i cenię obiektywność).

Śmiejemy się z głupoty otwarcie, obnażamy błazenadę – jesteśmy bezpośredni w swoim bezczelnym nabijaniu się z głupoty (wciąż pamiętając/mając na uwadze, że NIGDY NIE WIADOMO NA PEWNO, co jest Prawdą a co fałszem).

Podchodzimy z dystansem do ciężkich spraw – a więc obiektywnie, faktualnie, na sucho, bez emocjonowania się, ewentualnie z humorkiem, coby niewygodę, dyskomfort, lęki rozwiać śmiechem i mieć dzięki temu czystsze, świeższe, bardziej OBIEKTYWNE spojrzenie. Patrzymy na SAM TEMAT. Wywalamy lęki, strachy, obalamy mity, depczemy po tabu, spluwamy w twarz demonizatorom, itd.

Humor nie oznacza tutaj optymizmu, tylko realizm, aczkolwiek nie w odsłonie emo/pesymistycznej – ani rozjaśnionej, optymistycznej – tylko TAKIEJ JAK JEST, PRAWDZIWEJ. Przy czym, z dodatkiem humoru, dystansu, właśnie. TO jest moje perfekcyjne podejście. I kształtuję się aktywnie ku niemu, karmiąc swój umysł treściami wspierającymi owo podejście, przeprogramowywując swój umysł w tę stronę)

praktycznością i minimalizmem (to uwielbiam od kiedy pamiętam, choć nie mam pewności, skąd mi się to wzięło. Najprawdopodobniej z tego, że w taki sposób mnie wychowano, w taki sposób moi rodzice działali, podchodzili, no i przyswoiło się to również mi, a że nie prezentowano mi tego jako coś dla mnie negatywnego (w sensie, nie ograniczano mi tym wolności, nie narzucano mi tego), to nie mam ku temu negatywnych emocji, nie mam do tego negatywnego stosunku, tylko pozytywny, bowiem prezentowano mi to jako pozytywne dla mnie, jako pro-moje-życie, a nie negatywne dla mnie, anty-moje-życie)

(a więc jeśli coś nie jest koniecznie/niezbędne, nie ma sensu tego trzymać – więc wywalamy! Oraz, jeśli coś jest tylko dla urody, a nie dla użyteczności i wygody, to nie ma prawa bytu/nie ma sensu bytu).

...

WTRĄT:
NIE DAJ SIĘ OGŁUPIAĆ – KWESTIONUJ WSZYSTKO

To się tyczy również rozmaitych hasełek i tekścików reklamowych mających podnieść atrakcyjność czy klimatyczność danego produktu w odbiorze konsumenta, np. "perfumy o zapachu pomarańczy i goździków – poczuj magię świąt!"

Co nie: to drugie służy jako taki uatrakcyjniacz, a więc jest tylko dla urody, atrakcji, natomiast POZA tym, jest to kompletny bullshit i merytoryczna płycizna. Żadnej intelektualnej wartości nie ma. Służy jedynie temu, by uatrakcyjnić nasz odbiór rzeczywistości (tu konkretnie: owych perfum).

I takich treści nienawidzę. Z namiętnością.

M.in. dlatego, że – oraz zwłaszcza – jeśli są wypisywane na rzeczach typu pudełka z taliami dywinacyjnymi – a więc takich, których konsumenci to często są ludzie mający mnóstwo odlecianych śmieci i bajeczek w głowie, interpretujący rzeczywistość przez pryzmat owych odleciałości – to potem ci ludzie owe hasełka – czy nawet, nierzadko, również całe zmyślone historyjki służące za fikcyjną fabułę dla uciekawienia całej talii (np. talia z elfami —> "poznaj tajemnice królestwa elfów; zobacz, jakie zjawiska oznaczają obecność elfów w twoim życiu; moja historia z elfami, która zainspirowała powstanie tej talii; etc.") – uważają za Prawdę.

Co jest po prostu, coby nie owijać w bawełnę, śmieszne.

Zbaczając trochę z wątku uatrakcyjniających hasełek: głupota granice w gruncie rzeczy MA, aczkolwiek są one, istotnie, niebotycznie-i-jeszcze-dalej szerokie. Niemało jest ludzi, którzy na poważnie wzięliby teksty pokroju (to akurat tekst wymyślony, na potrzeby tego posta, przeze mnie):

"czerwona fretka w czarne kropki niesie ci przesłanie gracji i miłości Boskiej Fretki, i zapewnia, że wszystko ułoży się piknie, jeżeli tylko otworzysz się na błogosławieństwo Fretkowej Łapki i wykonasz rytuał opisany poniżej".

A dokładnie tego rodzaju teksty można spotkać chociażby i na przykład w książeczkach dołączanych do niektórych talii dywinacyjnych. Z tą różnicą, że zamiast czerwonych fretek w czarne kropki jest tam o bóstwach (przykład takich książeczek to chociażby książeczki do Isis Oracle czy Kuan Yin Oracle), aniołach, elfach, czy jakichś innych zmyślonych/fikcyjnych cosiach stworzonych przez ilustratora talii.

Wiele z tego, co ludzie szerzą (np. wypisują) w rozmaitych, na przykład, książkach (jak choćby właśnie te książeczki dołączane do różnych talii dywinacyjnych) to:

– kompletne lanie wody
(w końcu czymś trzeba wyznaczoną liczbę stron zapełnić. I potem taki autor, który nie ma wystarczającej wiedzy w temacie na który pisze, leje wodę. Gdyby wiedział, pisałby zwięźle, i rzeczywiście CZYMŚ WARTOŚCIOWYM by to miejsce zapełnił)

– słodzenie
(a więc brakuje tu PEŁNEGO spektrum treści, jest praktycznie wyłącznie sama pozytywność. Zero ostrych, dosadnych, realistycznych treści, tylko ciągła różowa wata cukrowa.

Zapychanie nią życiowej goryczy NIE usuwa źródła owej goryczy. Chcesz się uzdrowić? Musisz zaakceptować fakt, że coś jest źle, wymaga uzdrowienia, potem poznać, co dokładnie problem sprawia i jak go rozwiązać, no i w końcu zadziałać odpowiednio do owego problemu. To nierzadko jest brudna robota, i bez umazania się błotem się nie obejdzie. Nie rozwiążesz problemu z dystansu, nie ma tak łatwo.

I taki np. rozwój duchowy (inaczej, rozwój mentalny, inaczej, doskonalenie swojego umysłu) to również NIE jest światełkowość i pozytywność, tylko, znowu, PEŁNE spektrum, a więc ogarnianie zarówno (swojego, reszty świata) pozytywu/światła, jak i (swojego, reszty świata) negatywu/mroku.

To nie cukraśności, to nie pis, loff i hapines (pokój, miłość i szczęście). A przynajmniej, w najlepszym wypadku, nie TYLKO to – bowiem jest to również stawanie twarzą w twarz z negatywnościami, mierzenie się ze swoimi problemami, odkrywanie siebie, swoich pozytywów/swojego światła, jak i swoich negatywów/swojego mroku.

PEŁNE SPEKTRUM, co nie. A nie skupianie się tylko na pozytywnościach.

Przesada w ŻADNĄ stronę nie jest zdrowa. Nawet za dużo dobrego czyni owo dobre niezdrowym/złym)

– zero konkretów
(tylko, co najwyżej, te same pozytywne hasełka powtarzane pisiont razy, tak że całość wydaje się długa i porządna, jeśli się człowiek zbyt dogłębnie nie przygląda, a w rzeczywistości, faktycznie wartościowych treści jest w owej całości może z dziesięć słów, i w tylu też dałoby się to spokojnie zmieścić, ale oczywiście trzeba czymś te sto pięćdziesiąt stron zapełnić, z czegoś wydawnictwo kasę zbijać musi. No i jak taki autor nie ma wiedzy, by zapełnić owe strony, to będzie lał wodę z tego co ma (czyli, nierzadko, BRAKU wiedzy, jedynie, co najwyżej, generalnego, powierzchownego ogarnięcia, bez zrozumienia, bez edukacji))

– zero faktycznej edukacji
(czyli niczego wartościowego, pomocnego się człowiek nie dowiaduje, by siebie zrozumieć, by sobie skutecznie pomóc w danym problemie, tylko dostaje pocieszne hasełka i głupawe mundrości o "boskiej gracji" i bóstwach/aniołach/etc., do których wystarczy się zwrócić i ci wszystko migusiem załatwią; tylko raczej nie oczekuj za dużo, bo "skromność zawsze na propsie", a w ogóle jeśli dostaniesz zupełne przeciwieństwo tego, co chciałeś, nie obrażaj się, bo to nieczyste, tylko ufaj, że góra wie lepiej od ciebie, czego tak naprawdę chcesz.

Innymi słowy, zero faktualnych, naukowych wyjaśnień tego, jak działa świat, tylko, zamiast tego, góry i góry wyssanych z palca bajeczków.

Sorry not sorry, ktoś to powiedzieć w końcu musiał (albo przynajmniej (jeśli ktoś już to jednak powiedział (a całego świata w końcu nie znam, więc, logiczne, mam prawo nie wiedzieć)): o tym powinno się mówić, zwracać uwagę jak najwięcej).

Pewnie, da się przeżyć całe życie wierząc w bzdury, i nie umrzeć z owej głupoty. Nie ma nic esencjonalnie złego w byciu głupim (tyle tylko, że zagraża to zdrowiu i życiu delikwenta oraz jego otoczenia).

A i tak nie wiadomo na pewno, co jest Prawdą a co nie.

Aczkolwiek wydaje mi się, że wygodniej jednak jest wiedzieć, co jak działa, bowiem wiedza to potęga! Możemy ją potem wykorzystywać do skutecznego poprawiania jakości swojego życia)

– i ogłupianie tekstami pokroju przedstawionego wyżej.

Bardzo niekorzystne.

Swoją drogą: takie np. to, co zostało zaproponowane we wklejonym wyżej przykładowym tekściku (z tą fretką), może działać, rzeczywiście, aczkolwiek jeśli już, to nie dlatego, że czerwona fretka w czarne kropki Faktycznie Istnieje, tylko dlatego, że TY sobie to wmówiłeś, i twój umysł, na zasadzie placebo, ci to realizuje.

Wiele (paranormalnych, energetycznych, etc.) doświadczeń, odczuwań, wrażeń to właśnie takie iluzje kreowane przez umysł, a nie Faktyczne doświadczenia, odczuwania, wrażenia.

No ale jeśli się człowiekowi tego nie uświadomi, to wiedział nie będzie – bo i skąd?

Wszystko jest nieoczywiste, zanim stanie się oczywiste. Z natury nie wiemy absolutnie niczego o świecie, więc cała nasza wiedza o nim to treści dopiero w trakcie życia NABYTE. Nie wiemy, czy są Prawdą czy kompletnym fałszem.

Wiemy tylko to, czego się nauczyliśmy.

Na pewno bardzo łatwo jest więc wmówić byle co dzieciom, bowiem one świata jeszcze mało znają, więc mają niewielkie pojęcie o tym, jak działa świat, i niezbyt rozwiniętą zdolność odróżniania faktów od fałszu. Ale wiele dorosłych również ma skłonności do wierzenia w rozmaite bajeczki, i nie myśli nawet, by podać je w wątpliwość, zakwestionować. Bo ich takiego podejścia nie nauczono).

...

WRÓĆMY DO GŁÓWNEGO WĄTKU

Także to właśnie składa się na moje aktualne podejście oraz moje aktualne preferencje. * One się, oczywiście, mogą zmienić; natomiast na razie, pozostają takie.

Zaś wzięły się w sumie z tego (WSZYSTKO ma swoje podłoże, nic się znikąd nie bierze **), że dotarło do mnie (pod koniec grudnia 2017, jeśli kogoś ciekawi data; ja lubię daty), że nigdy nie wiadomo niczego na pewno, a wobec tego, że stale trzeba kwestionować wszystko —> zaś z kwestionowania wyszło szukanie wiedzy —> z którego wynikło potem pragnienie konkretów, precyzji, dokładnych informacji —> z czego wynikło pragnienie faktów ——> z którego z kolei wynikło zamiłowanie do realu, szczerości, i niechęć do anty-faktów, czyli do fikcji, fantastyki, ukrywania, fałszowania, etc., oraz, zamiłowanie do obiektywnego patrzenia, dystansu do spraw —> z którego wynikło zamiłowanie do humoru (bowiem on obiektywne patrzenie, właśnie, wspiera).

Tak sądzę. Może coś mi umknęło. Istnieje taka możliwość, jak najbardziej.

No a praktyczność i minimalizm był u mnie na propsie od zawsze, jak już zresztą zostało powiedziane wyżej.

** No, na pewno na poziomie form. Co do poziomu nn, to już nie wiem, aczkolwiek wątpię, by na owym poziomie panowały jakiekolwiek zasady/programy determinujące logikę. Więc, o ile na poziomie form WSZYSTKO ma swoje konkretne, logiczne podłoże, o tyle na poziomie nn wszystko de facto bierze się znikąd. Szerzej o tym było w tym poście, we wtrącie tuż na początku.

...

* To drugie oznacza, że przepadam właśnie za TAKIMI treściami (np. w sztuce) – a nie ich przeciwieństwem (czyli poezją, fantastyką, klimacikami robionymi dla samego klimatu i z wywaleniem logiki, nauki, "bo ma być magicznie i klimatycznie, a nie sensownie i logicznie", itp).

Nie znoszę więc – właśnie dlatego – fantasy czy poezji, mistyfikowania, odlatywania w kosmosy, wyolbrzymiania, przekoloryzowania, sztuczności, owijania w bawełnę żeby milej i mięccej było, braku konkretów, niekonkretnego wypowiadania się, nieuzasadniania (np. czemu się tak uważa), komplikowania, zbędności, przenośni, metafor (jakby nie można było DOSŁOWNIE powiedzieć -_-, stanąć twarzą w twarz (tia, to też metafora. Eh, NO CÓŻ) z tym co opisujemy, zamiast chować się za metaforami), itd.

(Przy tym, pewnie jestem jakiegoś stopnia hipokrytą, ale, cóż, nie ma ideałów, nieskazitelności.)

Natomiast, wciąż przepadam za wizualami niewiadomocosiowymi, abstrakcyjnymi. To się akurat nie osłabiło przy owych moich wyżej opisanych zmianach, to jak najbardziej pozostaje aktualne.

Natomiast owe zmiany objawiły się m.in. w tym, że jak kiedyś zdjęcia – takie proste, zwykłe, nieobrobione, nieupiększone, niepodrasowane, nieustawione, z codziennego życia, surowe, zwyczajne zdjęcia – to raczej na pewno nie był mój ulubiony typ wizualu (bowiem był, jak dla mnie na wtedy-dawniej, zbyt mało ciekawy i kolorowy i ubarwiony i magiczny, no a, jak mówię, moje dawne preferencje były prawie zupełnym przeciwieństwem tego, co jest teraz, czyli, tego co zostało wymienione wyżej), tak teraz absolutnie uwielbiam WŁAŚNIE dokładnie to.

Co w sumie spowodowało również, że sam świat wokół mnie jest mi wizualnie piękniejszy. Co jest dla mnie dość fascynujące – znaleźć takie, powiedzmy, autentyczne piękno w otaczającym świecie.

Tak więc, jeśli idzie o wizuale, moimi ulubionymi na ten moment (oraz przez ostatnie ok. pół roku) są: niewiadomocosie oraz real, zdjęcia (cóż, to pierwsze było moim ulubionym już od lat; to to drugie, właśnie, jest takie nowe).

Z kolei jeśli idzie o muzykę, to jak kiedyś naprawdę bardzo, bardzo satysfakcjonowały mnie takie raczej fantazyjne, klimatyczne utwory, epickawe, podnioślejsze w klimacie (jak "First Snow" i "1-Hour Epic Music Mix | Epic Rock Hybrid Vol. 1", swoją drogą, wrzucone w zeszłoroczny post końcoworoczny, jako moje ulubione muzyczki roku), tak teraz... może nie tyle zupełnie ich nie lubię (cóż, wciąż mi się całkiem podobają), aczkolwiek na pewno nie są czymś, po co sięgam w pierwszej kolejności/przede wszystkim, jeśli mam ochotę posłuchać muzyki.

Co TERAZ w tym zakresie uwielbiam to muzyka ostrzejsza, agresywniejsza, i... preferowanie, nieśpiewana. Słowem: rap. Uwielbiam rap. Zwłaszcza jeśli ma sensowny tekst; ale nawet i bez tego może być – grunt żeby muzycznie mi grało (a to oznacza m.in. że lepiej, by nie było zbyt smętnie. Bowiem smętność należy właśnie do tej grupki treści, za którymi zdecydowanie nie przepadam (już więcej). Humor na propsie!).

Esencjonalnie, słowa to dźwięk – znaczenie nadaje im nasz umysł, na podstawie posiadanych (a nabytych w trakcie życia) treści o znaczeniu owych słów (które to nie jest ich właściwością, tylko ludzkim ustaleniem ku komunikacji). Zatem, jakkolwiek to niełatwe, przeważnie, kiedy słowa nie za bardzo mi podchodzą w danym utworze, staram się skupić na samym dźwięku, jakimi one są, a nie na tym, co (wiem że) znaczą. Staram się traktować słowa jak nicnieznaczącą melodię, jak jeden z instrumentów.

Wracając: no więc, rap to jest moja muzyka (na ten moment). Poniżej przykłady, które mi się (dźwiękowo; po części też słownie) podobają.




KONIEC ROKU/POCZĄTEK ROKU
– MAŁE PERSONALNE REFLEKSJE

Co prawda to, kiedy kalendarze przechodzą ze starego na nowy, to nic więcej jak ludzkie ustalenie; to nie jest naturalnie determinowane, tylko, jest to wyłącznie ludzka umowność. Tak samo jak np. to, który numer ma rok (nie liczymy w końcu kolejno od początku powstania świata – bo nie wiemy nawet na pewno, ile tych naszych-lat temu to było).

Natomiast jeśli ktoś ma treści w umyśle (nabyte w trakcie życia, ze swojego otoczenia) o tym, że "wtedy i wtedy rok się kończy, a nowy zaczyna" czy że "ten rok ma taki numer", to owe treści w jego umyśle SĄ, reagują z pozostałymi jego treściami mentalnymi, dając produkt, no i, DETERMINUJĄ jego nastrój, stan psychiczny, jego odbiór tego czasu.

I tak np. mnie koniec oraz początek roku

– właśnie czysto psychologicznie (w sensie: bo mam w umyśle treści, nabyte z życia, że jest koniec/początek roku (to tylko ludzkie ustalenie, że kalendarz się wtedy kończy a nie kiedy indziej; a nie naturalnie zdeterminowane zjawisko. No ale jednak treści w umyśle są, i wpływają). Gdyby ich w moim umyśle nie było, to by tego odbioru, tego nastroju u mnie nie było, bowiem nie byłoby tych treści do wyprodukowania, w reakcji z pozostałymi moimi treściami mentalnymi, takiego produktu) –

nastraja na przypomnienie sobie minionych dwunastu miesięcy, na refleksje nad tym, jak to było rok wcześniej, oraz na refleksje o tym, jaki, potencjalnie, może być kolejny rok.

Z powodu tego ostatniego, koniec oraz początek roku wywołuje we mnie niespokój. Projektuję, bowiem, posiadane (a nabyte w trakcie życia; z natury mamy bowiem w umyśle wyłącznie program przetrwania jako jednostka oraz program przetrwania jako gatunek; oraz garść zdolności) rozmaite negatywne treści mentalne na owo nieznane, jakim przyszłość jest – i obawiam się, że owe negatywności, które mam w umyśle, się spełnią.

Czuję się trochę jak na kołku na środku oceanu, czekając w agonizującym stresie, aż coś się z tych niepoznanych głębin wynurzy, wyskoczy, by mnie pożreć, albo, aż silniejszy wiatr zawieje i zepchnie mnie w zimne, ciemne głębiny.

Tak by to można zobrazować, jeśli ktoś by chciał obrazka.

Oczywiście, gdzie się rok kończy a gdzie zaczyna, to wyłącznie ludzki wymysł. Zresztą, różne kalendarze funkcjonują w różnych częściach świata, i w różnych momentach się kończą (np. chiński przełamuje się, o ile się orientuję, w naszym lutym). No więc te przejściowo-roczne depresje, lęki, itp. to wyłącznie psychologiczna rzecz. Ale jednak jest. 

Natomiast konkretnie co do przyszłego roku, to jakoś tak nie lubię liczby 2019. Psychologicznie. Chyba mam z nią jakieś negatywne asocjacje; jest ona podobna treściom zapisanym w moim umyśle jako negatywne, skutkując tym, że mój odbiór samej owej liczby jest nie za specjalnie pozytywny.

Ściślej, chodzi o samo 19. Odbieram je jako niepełną liczbę, jako takie "prawie do pełna, ale kapkę zabrakło". Nieusatysfakcjonowanie. Prawie satysfakcja, ale jednak nie. Ot, irytująca to liczba, dla mnie.

Oczywiście numerowanie roków to ludzki wymysł. No ale mam jednak treści, że w NASZYM kalendarzu jest kolejny rok, i że ten rok ma numer 2019 – i przez to, psychologicznie, w wyniku reagowania owej treści z pozostałymi moimi treściami mentalnymi, poruszane zostają moje treści mentalne negatywne, no i odbieram ten okres (w sensie, okres obejmujący rok 2019) negatywnie.

Chyba m.in. dlatego, że to ostatnia nastka, a to mi się źle kojarzy – mianowicie, z utratą młodości i sielany i wejściem już w pełni i na poważnie w zimny, szeroki świat odpowiedzialności za siebie.

Nie wiem, czy mój lęk odnośnie 2019 wynika CZYSTO z psychologii, właśnie, czy też JEST, de facto, podstawny – czyli: czy wynika z tego, że mój umysł zdywinował treści o tym, z jakich wydarzeń się owy rok składa – i FAKTYCZNIE jest się czego bać.

Mam wrażenie, że – dla mnie – 2019 będzie jakby wyższym/bardziej zaawansowanym levelem 2018-stego. Tzn. jeszcze więcej edukowania się, poszerzania swoich horyzontów myślowych, przekraczania swoich granic w postrzeganiu spraw, podejściu do spraw, przełamywania swoich barier/blokad mentalnych, zyskiwania lepszego, głębszego zrozumienia siebie i świata, próbowania nowych rzeczy jeszcze bardziej.

To może być wrażenie trafne – w sensie, może ono wynikać/pochodzić z moich zdywinowanych treści o 2019 roku, lub, może być po prostu akurat trafnie wywnioskowane z samych tylko psychologicznych treści mentalnych (inaczej, po prostu, nie zdywinowanych, tylko nabytych z otoczenia drogą zmysłową lub wyprodukowanych w umyśle z poprzedzających (w sensie, już w nim istniejących) treści) – albo chybione/nietrafne – wynikające po prostu z psychologicznych treści.

Cóż, zobaczy się. Co ma być, to będzie. A jak już będzie, to trzeba się będzie z tym zmierzyć (albo, jak się nie podoba, to się najzwyczajniej w świecie offnąć). Ot, cała filozofia życia. :p

.        
         .
.        

Dobra, niezbyt łagodne przejście, ale co się wysilać:
a teraz mała refleksja odnośnie blogowania. Właściwie, ona by IDEALNIE pasowała jako część mojego posta rocznicowego, ale nie przyszło mi to na wtedy do głowy, niestety, więc... trudno. Będzie tutaj.

PERSONALNE KORZYŚCI Z BLOGOWANIA

Wszystko ma swoje dobre strony i złe. Co nie. Świat nie jest czarno-biały. Nawet w najczarniejszej czerni można znaleźć kapkę bieli (może bardziej metaforycznie niż dosłownie, ale jednak się da), i na odwrót.

I jakkolwiek prowadzenie tego bloga ma parę wad (myślę, że największa dla mnie to to, że, wiadomo, zwiększona ilość czasu spędzanego przed komputerem, a to nieszczególnie zdrowe :p), to wydaje mi się, że zalety przeważają (aczkolwiek "wydaje mi się" nie oznacza, że to fakt, oczywiście).

Z prowadzenia tego bloga mam bowiem w sumie pięć takich głównych, personalnych korzyści:

– pisanie postów (tak samo jak w ogóle JAKIEKOLWIEK działanie, doświadczenie – już abstrahując od pisania) to jest programowanie/przeprogramowywanie mentalne (i nie tylko, bo i całej reszty ciała – jeśli wyjść poza pisanie – no ale tutaj się na mentalnym koncentruję). Bowiem pisząc treści (np. w formie postów, właśnie), karmię nimi swój umysł – no a on potem na nich działa. Tak więc przeprogramowanie się robi.

Natomiast im częściej coś piszę, a więc, im bardziej uporczywie i wytrwale swój umysł danymi treściami karmię, tym lepiej mi się to w umyśle utrwala.

– jako że bloguję, wyrobił mi się taki program blogera (jak to sobie nazywam) w umyśle – stale aktywny w tle/"z tyłu głowy" – pt. "szukaj co można na bloga napisać, szukaj wiedzy, szukaj inspiracji do postów", przez pryzmat którego mój umysł stale działa, postrzega. Dzięki czemu, mój umysł stał się takim zbieraczem wiedzy, szukaczem wiedzy. Gdyby nie to, że piszę te posty, prawdopodobnie nie byłoby to tak mocne; o ile w ogóle by było, w pierwszej kolejności.

– na zasadzie reagowania treści mentalnych ze sobą, poprzez myślenie o rzeczach, dochodzę do wniosków. No a chociażby pisanie postów jest przykładem okazji do myślenia. Często właśnie do różnych nowych rzeczy dochodzę dopiero przy pisaniu postów. Także owa aktywność to dla mnie okazja/przestrzeń/miejsce na oświecanie się, tzn. odkrywanie wiedzy.

– pisanie postów motywuje mnie do edukowania się, do szukania wiedzy z zewnętrznych źródeł (czyli poza własnymi wnioskami, refleksjami, teoriami, obserwacjami). Bowiem mam ambicje, by pisać je lepiej, lepiej, lepiej – a więc, zależy mi na doskonaleniu się tak, by owe ambicje móc spełniać; innymi słowy, mam motywację do tego.

– sam fakt, że piszę dla innych sprawia, że zależy mi na pewnego stopnia profesjonalności. A zatem – poprzez praktykę – rozwijam się w pisaniu. Nawet już pomijając tą całą chęć bycia lepszym: praktyka po prostu sprawia, że się w czymś doskonalisz, rozwijasz.

Plus, taka pomniejsza, szósta (lub: szósta, siódma i ósma) rzecz: jeśli idzie o posty bardziej artystyczne, rozrywkowe, dla klimaciku (czyli posty świąteczne – jak np. ostatni post końcoworoczny), aniżeli te takie większe i ambitniejsze, takie typowo edukacyjne (czyli stanowiące znaczny procent zawartości bloga), to:

1) samo tworzenie ich jest dla mnie przyjemną aktywnością. Bowiem wprawia mnie w klimacik danego np. święta na które tworzę posta.

2) znowu: poprzez tworzenie tych postów – czyli PRAKTYKĘ – rozwijam się. Ściślej, rozwijam się w zakresie swoich zdolności artystycznych. Ponieważ szukanie odpowiednich obrazków, dopasowywanie ich do tematu, klimatu posta, cóż, rozwija jednak, w jakimś tam stopniu, ten artystyczny zmysł.

3) natomiast potem, gdy już te posty mam zrobione, są one takim fajnym mini-prezencikiem ode mnie dla siebie, a'la pamiątką, źródłem wspomnień z czasów gdy były tworzone (a ja jestem bardzo nostalgicznym człowiekiem, zatem lubię, cenię takie rzeczy).

Także tak. Oto co mi prowadzenie tego bloga przynosi. Krótko mówiąc: przynosi mi rozwój mentalny (no, to ta pozytywna dla mnie strona. A jest jeszcze negatywna, oczywiście. Plus, pozytywna i negatywna strona dla reszty świata.

Na pewno z negatywnych można wymienić, jako oczywistość, to, że jeśli piszę głupoty, to potem inni je czytają, i się głupota szerzy (chyba że by była przez tychże odbiorców weryfikowana na miejscu... ale takich ludzi to jest chyba raczej mało na świecie, niestety)).

Także fajnie. Nie wiem, jak moje życie wyglądałoby BEZ tego bloga – i nie mam za bardzo jak się tego dowiedzieć – ale wydaje mi się, że byłoby znacznie mniej bogate.

Wobec czego cieszę się, że tego bloga prowadzę. Może trochę nietenteges mi to wychodzi, jak do tej pory, ale hej, jakoś trzeba zacząć (co z tego, że to już czwarty rok :p). W końcu umie się rzeczy nie z przysłowiowej dupy, tylko w efekcie NAUCZENIA się ich. Zaś uczy się poprzez PRAKTYKĘ.

Nikt nie umie czegoś (bardzo dobrze) od razu – zdolności, talent to kwestia WYSIŁKU ku rozwijaniu go.

Plus, z praktyki, na błędach się człowiek uczy – praktyka czyni mistrza! Samo się nic nie robi! Muszą powstać odpowiednie warunki, by dane coś mogło zaistnieć/powstać.

No. Więc nie jest bardzo źle – wciąż się jednak uczę, nawet (a może zwłaszcza) popełniając błędy.

Natomiast poza tym, miło mi jest mieć taki swój kawałek internetu, w którym mogę wyrażać swoje zdanie. I w którym, w sumie, to JA jestem panem i władcą. Szczerze mówiąc, nie pasuję do for internetowych, do społeczności. Zbyt lubię samowolkę, niezależność, wolność (no, na ile wolnym da się w ogóle być).


MOJE ULUBIONE TEMATY/POSTY

Przy okazji, wspomnę parę postów, których pisanie w ciągu tego roku (no, bardziej w ciągu ostatniej jego jednej/trzeciej, bo najwcześniej właśnie od wtedy one są pisane) przyniosło mi najwięcej edukacji, rozwoju osobistego, oraz satysfakcji, i które były dla mnie, w sumie, najważniejsze (ze względu na ich zawartość).

Poza postem "Kwestionuj wszystko", który już jest opublikowany, wszystkie z nich na razie czekają w kolejce do ukończenia i opublikowania (pojęcia nie mam, czy się doczekają; na razie, prace trwają).

Tak więc, pierwszy post to właśnie "Kwestionuj wszystko". Czemu tak go lubię i czemu jest dla mnie taki ważny – o tym już było w poście rocznicowym.

Tutaj tylko tak dorzucę, że od kiedy kwestionuję wszystko, oraz, żądam konkretów, precyzji, dokładnych informacji, to wiedzy odkrywam w bród. Bowiem SZUKAM. Zatem, znajduję. Kopię, więc się dokopuję. Logiczne.

I pewnie, nie tylko do pereł i brylantów – wiele w tych znaleziskach jest również śmieci. Natomiast przynajmniej się człowiek edukuje, i z czasem, uczy się rozróżniać jedno od drugiego. Niewprawiony, natomiast, nie odróżni autentyku od podróbki/fałszywki.

Tak więc: od kiedy zaczęło mi się szukanie wiedzy, próby zrozumienia (siebie i reszty świata) (a zaczęło się przez uświadomienie sobie, pod koniec grudnia 2017, że nigdy nie wiadomo niczego na pewno, więc w sumie, trza kwestionować wszystko), zaczęło się również, konsekwentnie, znajdywanie odpowiedzi. Zaczęło się budzenie się, oświecanie się.

No dobra.

Jak było wyżej, uwielbiam realizm (właśnie przez to zdanie sobie sprawy z tego, że nigdy nie wiadomo na pewno, i wynikające z tego pragnienie badania spraw jak najdokładniej, i wynikające z tego, z kolei, pragnienie jak najbardziej faktualnych, konkretnych informacji, bez bajeczek, bez fantasowania), życiowość, praktyczność.

Tak więc te poniższe posty (oraz powyższy) to właśnie takie, które tykały tematów najbardziej życiowych, najbardziej codziennych, najbardziej praktycznych. A w każdym razie, spośród tych, w których ja się na ten moment obracam.

Poza psychologią – która w sumie nie bardzo ma jeden konkretny post, bo wtrącam ją już prawie w każdy jeden, który piszę, także jest wszędzie – oraz wspomnianym już kwestionowaniem, moimi ulubionymi tematami ostatniego... w sumie, sięga to pół roku... były: nasza natura (ściślej, nasza natura w sensie psychologicznym, a więc, nasze treści mentalne wrodzone, inaczej znane jako id), śmierć, seks, motywacja.

I dokładnie na te cztery tematy piszę ostatnio posty. W sensie, nad tymi właśnie czterema postami spędzam ostatnio czasu najwięcej i najchętniej. No i, oczywiście, w każdym z nich jest sporo psychologii (ta wiedza jest TAK OGROMNIE PRZYDATNA, że nigdy nie będę mieć dość. Chyba. Cóż, TERAZ tak sądzę, a oczywiście zmienić się to jeszcze może – nawet i całkowicie, oraz, wielokrotnie).

Miło jest (coraz lepiej) rozumieć różne rzeczy, zjawiska, reakcje. Być w stanie dochodzić, skąd i jak i dlaczego, i rozwiązywać rozmaite problemy. Po prostu, mieć wiedzę i móc ją skutecznie WYKORZYSTYWAĆ w swoim życiu, dla poprawy jego jakości.

No nie od parady się wiedzę ma.

Ale poza kwestią "wiedza to potęga", temat śmierci oraz temat seksu kręcą mnie ostatnio dlatego, że:

– są bardzo życiowe, w sumie, a edukowanie się w ich zakresie – zwłaszcza w zakresie śmierci – pomaga w uświadomieniu sobie wielu spraw oraz uzdrowieniu wielu problemów, jakie w nas odnośnie tych tematów istnieją – po części z natury, ale w głównej mierze, nabyte w trakcie życia.

– są to tematy dość tabuizowane, demonizowane. Po prostu, są otoczone niedoedukowanymi teoryjkami i uprzedzeniami. De-normalizowane. To nie są, za bardzo, tematy lekkie. Są raczej niewygodne – mniej lub bardziej, zależnie od przypadku (kraju, mentalności danej rodziny, itd). Nawet jeśli, powiedzmy, ludzie lubią pożartować sobie z użyciem seksualnych aluzji, to porządne, dogłębne, szczere rozmowy na temat już raczej miejsca w ich kontaktach towarzyskich nie mają. Ludzie się cykają/wstydzą, bądź (to bardziej do śmierci) boją, wolą unikać owych nieprzyjemnych tematów.

Ja należę do ludzi, którzy na takie podejście kręcą z politowaniem głową. Fakt, dawniej, moje podejście też nie było specjalnie ogarnięte, sensowne, oświecone, muszę przyznać; ale doedukował się człowiek, i teraz jest sensowniej i mniej zaciemnienie.

Teraz, jestem jednym z tych ludzi, którzy propagują death-positivity i sex-positivity – tzn. (nie wiem, czy są polskie, jedno- bądź dwu-słowne odpowiedniki) obiektywne, nieuprzedzone, pozbawione lęku, demonizowania, zorientowane na fakty a nie na bajeczki i uprzedzenia, podejście do śmierci oraz do seksu (i tematów im pochodnych), zorientowane na NORMALIZOWANIE owych tematów a nie na ciemnockie, niedoedukowane, życzeniowe, uprzedzone podejście do nich.

Krótko mówiąc, no właśnie, robimy NORMALIZOWANIE tematów (np. seksu, nagości, anatomii, lgbtq+, śmierci, chorób psychicznych, mroku, polityki, magii, dywinacji, ezoteryki, etc).

Wywalamy fussowanie wokół sprawy, robienie niepotrzebnego zamieszania. Podchodzimy sensownie, obiektywnie, bez uprzedzeń (negatywnych bądź pozytywnych), bez ceregieli, owijania w bawełnę, eufemizmowania, itd., aczkolwiek przy tym, z dozą empatii (to jest jednak praktyczne, bowiem przecież każdy jest inny, i nie każdy dobrze zareaguje na bezceremonialne obchodzenie się np. z tematem seksu czy śmierci).

O co robić halo, o co robić fuss? AFL to AFL, GFU to GFU, co nie, i tyle (np. seks to seks, śmierć to śmierć, etc). Fakty. Nie ma co dramatyzować, mistyfikować, demonizować, wstydzić się, bać się, etc. Korzystny jest za to HUMOR! Wykopujemy powagę, podniosłości, i podchodzimy NA LUZIE. Ale! wciąż jak najbardziej faktualnie i rozsądnie, oczywiście, a nie "na luzie bezrozumnie".

Interesują nas FAKTY w temacie, a nie czyjeś opinie, podejście, przekonania w temacie.

Na przykładzie: interesują nas fakty o tym jakimś tam danym obrazie, który analizujemy. A więc: jakie kolory i kształty się na niego składają, jaki ma tytuł, kto go namalował i kiedy, itd. A nie czyjś odbiór tego obrazu, emocje jakie on w kimś wywołuje, wspomnienia jakie mu się z nim kojarzą, etc.

Wracając.

No więc, ostatnio uwielbiam edukować się w tematach takich jak śmierć czy seks, bowiem od pewnego czasu, w swoim podejściu do spraw skupiam się na faktach, żądam faktów, konkretów, rzetelnej wiedzy (co, jak było wyżej, narodziło się ze zdania sobie sprawy z tego, że w sumie, trzeba jednak kwestionować wszystko).

A więc, chcę rozmaite zdenormalizowane tematy normalizować (przynajmniej dla siebie; a przy tym, poprzez pisanie na blogu, również dla innych, iletamkolwiek się owych innych trafi, a mniemam, że tyle co nic). De-tabuizować je, od-demonizowywać, de-stygmatyzować je, odpiętnowywać je.

Najwyższy czas, by więcej i więcej ludzi wyszło z tej ciemnoty! Najwyższy czas zacząć się edukować, patrzeć obiektywnie, patrzeć na fakty! (tia, wciąż jestem strasznym hipokrytą).

A nie żyć w swojej bańce subiektywnego, przefiltrowanego przez własne przekonania, lęki, preferencje, życzenia, itd. obrazu rzeczywistości.

I w sumie, tyczy się to WSZYSTKIEGO. Nie tylko śmierci czy seksu.

"Wszystkiego", czyli również, między innymi, tematów ezoterycznych, tzn. m.in. duchowości czy magii i dywinacji – w których TEŻ – bo jakże by inaczej – od groma jest ciemnoty, niedoedukowania, bullshitów i mitów, uprzedzonych teoryjek, mglistości w informacjach, itd.

Przez co trzeba się STALE MIEĆ NA BACZNOŚCI.

Zresztą, było już o tym w poście "Brak wiedzy = miejsce dla głupoty".

Chcę rozumieć rzeczy; należę do ludzi ciekawych świata, chcę go poznawać jak najpełniej (no, jest wiele tematów, które mnie NIE interesują, fakt, więc trochę hipokrytą wobec tego stwierdzenia jestem, ale nie ma w tym nic złego. Plus, i tak nie dałoby się przecież poznać WSZYSTKIEGO, raczej).

A to oznacza, że zarówno jego pozytywy, jak i jego negatywy.

Nie chcę odwracać się ignorancyjnie dupą do spraw, które są cięższe, trudniejsze. Chcę poznać i zrozumieć również je! A może, dzięki temu, uczynić je lżejszymi, łatwiejszymi dla siebie.

Wielu ludzi ma z góry negatywne podejście do badania ciężkich spraw. Wiele osób zwłaszcza w tym ezo-światku (a tak do niego się odniosę, ponownie) wzdraga się przed "mrocznymi" tematami, boi się w ogóle zbliżać do tematów cięższych, nie chce się w ogóle nimi zainteresować, poznać, zrozumieć.

Ot na przykład, kiedyś na pewnym forum, na moje pytanie które leciało chyba: "wie ktoś coś o voodoo?" pewna osoba odpowiedziała, że ona w ogóle nie chce się w to zagłębiać.

Nie wiem, czemu, i wobec tego osądzać nie będę – nie znam całego obrazka, więc moja ocena byłaby pewnie trochę... płaska – ale uważam, że niezbyt mądre/sensowne jest wzdraganie się przed "mrocznymi" tematami. Przecież krzywda się nie stanie, jak się człowiek trochę doedukuje. (no, chyba że by sobie napchał umysł bzdurami w temacie – tia, głupota czasem boli).

Uciekając od czegoś, tylko pogarszamy swój stosunek do tego, zmniejszamy swoją odporność na to. Jeśli kogoś obchodzi rozwój mentalny/duchowy, to powinien mieć na uwadze, że takie podejście NIE jest pro-rozwojowe, wręcz przeciwnie (a jeśli kogoś nie obchodzi, to spoko, możesz sobie robić cokolwiek, skoro wisi ci, gdzie dojdziesz. Żadnych Odgórnych Wymagań czy Restrykcji odnośnie tego, jak mamy działać, co mamy robić, etc. NIE MA).

Wracając.

Dalej: temat id kręci mnie z tego względu, że kręci mnie psychologia

(bowiem jej znajomość jest bardzo przydatna w codziennym życiu, ułatwia zrozumienie rozmaitych spraw i naprawienie gdzie jest nietenteges oraz poprawienie tam gdzie już jest dobrze. Jest jak – obrazowo opisując (czasem, metafory są pomocne ku jaśniejszemu przedstawieniu czegoś; ale NIE lubię ich gdy tylko zamazują przekaz zamiast to rozjaśniać) – mapa, dzięki której człowiek widzi gdzie jest, widzi, co wokół niego, i wie, gdzie iść, jeśli chce dojść tam czy siam. Wiedza to potęga!),

no a id to PODSTAWA psychologii.

Nie idzie w pełni zrozumieć danego tematu bez ogarnięcia jego podstaw.

Tak samo, nie idzie w pełni zrozumieć psychologii bez ogarnięcia jej podstaw – czyli id.

Z kolei temat motywacji podoba mi się po prostu ze względu na jego PRAKTYCZNOŚĆ, przydatność w codziennym życiu. Wielu ludzi ma mniejsze lub większe problemy ze zmotywowaniem się do różnych działań, ze znalezieniem inspiracji, siły do działania, itd. Ja również; w końcu też jestem człowiekiem. Tak więc, ten post to będzie (przynajmniej według aktualnych zamierzeń) głównie taki motywator.

W sumie, owy post zaczął się w trakcie pisania posta na Mabon. A potem, jak to mam w zwyczaju, zachciało mi się zrobić z niego porządny Post Na Temat i nawpychać tam wszystkiego, co tylko się do tematu motywacji jakoś mniej niewyraźnie odnosi spośród tego, co mi znane... no i aktualnie, jest tam taki trochę duży bałagan. Bo jakże by inaczej.

Aczkolwiek – i było o tym wyżej – pisanie postów to dla mnie nie tylko okazja/motywacja do edukacji, ale również sposób na przeprogramowywanie swojego umysłu.

I tak np. w procesie pisania tego posta motywacyjnego/o motywacji (w sumie, on zarówno ma charakter motywujący, jak i jest O samej motywacji) sporo powstało tekstów całkiem, no właśnie, motywujących. Które raczej na pewno nie powstałyby, gdyby nie to, że pracuję * nad tym postem. Plus, mój umysł się całkiem niemało, myślę, przeprogramował w efekcie.

* Przy czym, tak btw: owo moje "pracowanie" to nie jest jakiś Ambitny, Profesjonalny, Poważny projekt. Nie sądzę. To po prostu, jak zawsze, moje zapisywanie wszystkiego co wiem w formie postów na bloga. Nie podchodzę do tego z tak dużą odpowiedzialnością, z jaką dzielenie się informacjami powinno być traktowane. Po prostu zapisuję co wiem, i wrzucam to dla innych do czytania.

Robię to co robię – po prostu dzielę się tym co wiem (a to stale rośnie), by inni mogli to poznać, wykorzystywać, wzbogacać w swoją wiedzę. Nie wiem, co z tego wyjdzie. Ale ciekawi mnie to, więc to robię, ponieważ chcę się przekonać (na ile będę w ogóle mieć możliwość to zobaczyć, oczywiście). (eh, to był mało sensowny akapit).

Niezbyt profesjonalne podejście. No i trudno. Staram się (bo w końcu ZALEŻY MI na faktach), ale nigdy nie mogę mieć Pewności przez duże "P", że dane informacje są, faktycznie, Prawdziwe.

Przy tym, nie tyle chcę blogować lepiej (cokolwiek tak dokładnie miałoby to znaczyć; prawdopodobnie m.in. regularność postowania), co profesjonalniej, konkretniej i doedukowaniej.

Ciągle muszę się w piorun nauczyć – to się w sumie nigdy nie zmieni, bo przecież ciągle tyle o świecie nie wiemy, ciągle coś nowego odkrywamy, i nigdy nie wiadomo, gdzie jest koniec – no a póki co, próbuję pisać jak najbardziej konkretnie na dany moment potrafię, i pakować w te posty ile wlezie.

Właściwie, pracując nad tymi wszystkimi postami, piszę wiele artykulików, które w sumie MOGŁYBY być po prostu odrębnymi postami, a nie kolejnymi rozdziałami większych postów na dane tematy. Ale jakoś tak mam, że wygodniej/pewniej mi się pisze w kontekście – w sensie, mając już większy post z dokładnymi wyjaśnieniami tematu – bowiem dzięki temu, nie mam potrzeby tłumaczenia wszystkiego za każdym razem od nowa. Pisze mi się po prostu wygodniej, bo już potrzebne wytłumaczenia mam, w jednym miejscu.

Mimo że z drugiej strony, zbiera się tego potem w jednym poście TAK W GRZMOT OD GROMA, że... ehh, szczerze mówiąc, zniechęca mnie to do siedzenia nad nimi, ponieważ przytłacza mnie, ILE tego mam do ogarnięcia, i ile potem tego jest do przeczytania, od nowa, od początku do końca, zanim posta w końcu opublikuję (co robię po to, by upewnić się, że wszystko jest jak najbardziej aktualne do mojej wiedzy na dany moment).

Tia. Mało mądre. No cóż, inaczej, póki co, nie umiem. Po prostu I TAK zawsze rozkręca się w tę stronę, nawet jeśli staram się zrobić tylko małego posta. To takie... natręctwo.

W każdym razie, moja pierwsza, złota zasada, takie #1 motto, którym się kieruję ciągle (lub przynajmniej staram się; bo momentami wciąż idzie zapomnieć, niestety, mimo że aktywnie pielęgnuję owo podejście u siebie już przez ok. rok) to: KWESTIONUJ WSZYSTKO, bezlitośnie, nieustannie, do samego końca (a nigdy nie możesz wiedzieć na pewno, gdzie ten koniec jest, więc po prostu, no właśnie, kwestionuj nieustannie).

Myślę, że moja druga złota zasada to by było: żądaj KONKRETÓW, PRECYZJI w informacjach.

No a dalej to już... dużo i niepoukładanie tego jest. Natomiast te powyższe są u mnie poukładane – jako moje dwa pierwsze, główne motta, właśnie.

Na ich podstawie działam, są to moje główne programy mentalne. No i, na ich podstawie działam w takim np. zbieraniu informacji, oraz, pisaniu postów. Co być może widać nawet i po tym poście (ściślej, to z konkretnością, precyzyjnością).

.     
         .
.     

WŁAŚCIWSZE PODSUMOWANIE 
(Z ZAWĘŻENIEM KU BLOGOWANIU)

Dobra, ten post miał służyć za miejsce do podsumowania roku 2018 (zwłaszcza pod kątem blogowania), więc może zrobimy trochę dokładniejsze podsumowanie, w końcu.

Opublikowanych w tymże roku postów zostało niewiele. Aczkolwiek stoi za tym nie moje lenistwo czy niechęć do pisania postów, tylko moja chęć, by napisać je jak najlepiej potrafię. Jak widać po liście postów planowanych do publikacji, jest, aktualnie, wiele tematów, które zamierzam na blogu poruszyć. I stale nad tymi postami pracuję, natomiast przedłuża się to dlatego, że chcę się upewnić, że to, czym się w nich dzielę, to rzetelna wiedza, fakty, a nie jakieś bajeczki. To raz.

Dwa: to niezbyt wygodne, ale mam ambicję, by owe posty na dane tematy to były takie Ostateczne Posty Na Te Dane Tematy, przez co w każdym jednym zbiera się mnóstwo treści. Dlatego co zostało napisane troszkę wcześniej niż przed chwilą: chodzi po prostu o to, że pisanie w kontekście dłuższego posta jest dla mnie wygodniejsze, bowiem nie mam potrzeby tłumaczenia ciągle wszystkiego od nowa.

No i trzy: staram się upewniać, że wszystko, co się w tych postach znajdzie, będzie moją najbardziej aktualną wiedzą – a ona stale ekspanduje, przez co stale COŚ dochodzi do dodania, coś jest do poprawienia, itd.

(Jest jeszcze – dość oczywiste – cztery: to wszystko trochę zajmuje, a wolnego czasu nie mam w nieskończoność. Z czego, w dodatku, nie przeznaczam na blogowanie jego całości, tylko raz mniejszy kawałek, raz większy – zależnie od tego, jak mi się zachce, jak się trafi.)

Nie robię sobie wygód, ale trudno. Może to będzie warte efektu. A może nie. Kto wie. Ja nie wiem. Aczkolwiek jeśli okaże się i dotrze do mnie, że taki sposób działania jest bardziej błędny niż poprawny, to przynajmniej nauczę się czegoś na własnych doświadczeniach.

Także to jest jedna sprawa.

I powód dla którego o ile na początku roku jeszcze całkiem sporo postów wyszło, tak im dalej wgłąb, tym mniej ich było. Na początku roku, mój styl podchodzenia do wiedzy, mój styl pisania JESZCZE nie był tak pro-konkretom i pro-precyzji i pro-faktom, jak jest teraz.

Inna sprawa: wiedzy mi stale przybywa, no właśnie, a więc i przybywa tematów, które chcę – ze swojej strony/w zakresie swojego w nich ogarnięcia – poruszyć na blogu. W zeszłym roku, moja wiedza pozostawała jeszcze na poziomie dennym i solidnie wybrakowanym, to i materiału na pisanie było w moim umyśle niewiele. No nie było o czym pisać, za bardzo.

Natomiast teraz, jak mówię, ciągle coś nowego mi dochodzi, lista postów do publikacji stale rośnie.

Generalnie, rok 2018 był bardzo relatywnie ciężki w edukację. Co mi się podoba. Bardzo.

Aczkolwiek przy tym, zdaję sobie coraz bardziej i bardziej sprawę z tego, jak ŹLE było z moim ogarnięciem w rozmaitych tematach dawniej. I jak wiele jest w owych moich dawniejszych postach głupot. Ot, owoce mojego dawnego niedoedukowania.

Także, remont bloga trwa, i, ostatecznie, stare posty zostaną najprawdopodobniej pousuwane i zastąpione nowymi (a jest tych nowych dużo w planach).

Na razie, chcę po prostu podochodzić sobie do takiego w miarę solidnego ogarnięcia w tych różnych tematach. I tak nigdy nie wiadomo niczego na pewno, do końca. I biorę na to poprawkę, jasna sprawa. Ale jest jednak różnica pomiędzy ogarnianem, jak co działa, na jakich zasadach, skąd się bierze, między byciem w stanie wytłumaczyć, dlaczego to i to jest tak a nie siak... a mglistym błądzeniem, brakiem konkretów w wiedzy i ciągłym tylko przypuszczaniem, pozbawionym solidniejszego zrozumienia.

Wciąż daleko mi do tego pierwszego, myślę, ale myślę też, że idę w dobrym kierunku. Choć, oczywiście, mogę się zupełnie mylić.

Jak wiele innych ludzi, wciąż nie wiem jeszcze TAK WIELU RZECZY, że to śmieszne. Natomiast na tym blogu zapisuję to, co wiem.

Podkreślenie: co wiem, a nie "co jest Gwarantowaną Prawdą".

To że ktoś coś uważa, NIE znaczy że jest to automatycznie Prawdą/faktem. Świat tak nie działa. Jest obiektywna rzeczywistość – fakty – i subiektywny jej odbiór (przez nas; będący produktem REAGOWANIA TREŚCI owych faktów z naszymi treściami).

Przekonanie =/= fakt.

No więc, wciąż wiem śmiesznie niewiele, mam sporo luk w wiedzy. Ale kiedyś a teraz to i tak jest podziemie a niebo.

(To pewnie niezbyt wzbudza zaufanie, że tak ciągle jeszcze tyle nie wiem i stale głupoty tu, głupoty tam, ale to w sumie nawet dobrze. Nie ufajcie mi, ani nikomu. BO NIGDY NIE MOŻNA WIEDZIEĆ NA PEWNO. ZAWSZE jest chociaż kapka niepewności.)

Bo na przykład, moje stare posty

(nie żeby był sens podawać przykładowe, bo wszystkich sprzed 2018 (poza tymi poprawionymi w 2018) się to tyczy, ale chociażby "Parę słów na temat jasnorozpoznawania" – jakkolwiek podstawy w tamtym poście są, jak na moje aktualne ogarnięcie, trafne, to jest i trochę błędów, oraz, oczywiście, okropny brak konkretnych, bardziej – wręcz, pozwolę sobie nazwać – naukowych wyjaśnień)

to TAKIE DNO pod względem precyzji przekazu i jakości informacji. D-N-O. Które na razie jeszcze trzymam... bo tak jakoś. Nie chce mi się ich jeszcze wywalać, z jakiegoś bliżej mi nieznanego powodu.

W każdym razie: gdy już popublikuję nowe posty (dla tego wyżej wymienionego jako przykład to będzie post "Dywinacja – kompendium"), tamte stare pousuwam w trybie natychmiastowym, jasna sprawa.

One to mój dawny poziom wiedzy, i TERAZ wiem znacznie więcej, rozumiem lepiej, i TERAZ pisanie na te różne tematy rzeczywiście MA SENS (jako tako...). Natomiast WTEDY to były tylko – jak to większość ludzi w takiej na przykład ezoteryce, niestety, robi – mgliste bzdurzenia pozbawione edukowanego podejścia. ZERO profesjonalizmu.

A, jak na moje ogarnięcie, precyzyjnie i doedukowanie się jak najbardziej omówić tematy z tej dziedziny DA. Tylko trzeba mieć odpowiednią wiedzę, oczywiście. To, że się jej nie ma, nie znaczy, że ona nie istnieje w ogóle.

Nie stwierdzam – absolutnie! – że teraz profesjonalizm u mnie jest. Nie śmiem tak twierdzić. Bowiem wydaje mi się, że wciąż okropnie mi daleko – w wielu tematach spośród tych, w których sobie (aktualnie) siedzę – do porządnego, rzetelnego, pełnego, precyzyjnego ogarnięcia.

Ale cóż, wszystko jest nieoczywiste, zanim stanie się oczywiste.

Tylko że, oczywiście, SAMO to się NIC nie staje – muszą zaistnieć odpowiednie warunki.

Co TU oznacza POSZUKIWANIE INFORMACJI, by sobie oświecenia (ogarnięcia faktów/poznania Prawdy/uświadomienia sobie jak jest (w sumie, to ostatnie to dobra definicja przebudzenia w sensie psychologicznym/duchowym)) w różnych tematach umożliwić.

Także tak.

Teraz trochę z innej beczki.

Bardzo przyjemnie mi się pisało post "Psychologia interpretowania + co nieco o karciarstwie", przez ok. pierwszy kwartał tego roku. To była mega miła okazja/pretekst do poćwiczenia – a w efekcie, podrasowania/rozwinięcia/wzmocnienia – moich zdolności interpretowania, tworzenia skojarzeń. Co jest mega przydatne w kreatywniejszym myśleniu; m.in. przy tworzeniu sztuki (np. grafikowaniu czy pisaniu).

Także było to działanie jak najbardziej po drodze z jednym z moich celów w zakresie samorozwoju – jakim jest ukreatywnienie swojego myślenia.

Mam zamiar dodać tam więcej przykładów interpretacji, aczkolwiek nie było ostatnio za bardzo na to czasu, bo ilekroć już siadam do bloga, wolę przeznaczać czas na bardziej, moim zdaniem, wartościowe, edukacyjne posty. Zresztą, nie żeby w tamtym poście nie było już całkiem niezłej ilości dość ciekawych, otwierających umysł interpretacji.

W owym pierwszym kwartale roku właśnie nie było jeszcze zbyt wielu postów, nad którymi warciej byłoby mi spędzać czas – ale potem zaczęły dochodzić, w piorun tego się porobiło, no i teraz to, które posty zajmują mi czas, to kwestia priorytetów.

Na początku roku było luźniej jeśli idzie o posty do publikacji, mniej było tematów, mniejsza była moja wiedza, nie było tak bardzo o czym pisać, jak jest teraz – to i więcej czasu było na luźniejszości pokroju owego posta z interpretacjami.

Poza tym, swoją drogą, zamierzam również opublikować szerszego posta na temat interpretowania – o aktualnym tytule roboczym: "Interpretowanie i różności spod tematu" – będącego takim bardziej precyzyjnym technicznie, powiedzmy, omówieniem tematu (na ile JA się na nim AKTUALNIE znam, przynajmniej).

W tamtym poście z interpretacjami też małe wyjaśnienie było, ale to bardziej po to, by dać zarys; zaś, w moim ogarnięciu, jeszcze trochę i trochę można w temacie interpretowania dodać. Co też właśnie zamierzam zrobić.

Zamierzam. Co nie gwarantuje w sumie niczego, niestety.

POSTOWE PLANY

Na marginesie, skoro już zahaczyło mi się o planowane posty: aktualnie – i od ok. października – najbardziej nie mogę się doczekać ukończenia postów wymienionych wyżej jako moje ulubione: "Potrzebujesz motywacji?", "Czy wiesz, że Slytherin leży w twojej naturze?" (tu będzie o id), "Czym jesteśmy w swej naturze: seks + uzdrawianie mentalne", "O śmierci pod różnymi kątami". 

Te tematy najbardziej mnie ostatnio pasjonują, są mi ostatnio, na różne sposoby, najbliższe.

Poza tym, również posty (tytuły robocze, mogą się więc zmienić):

– "Mechanika i anatomia Istnienia"
(ot, moje teoryjki odnośnie tego, jak działa świat i z czego się wziął. To jest baza, podstawa, i nierzadko się do tego w postach odnoszę, więc chcę mieć ładny post, coby móc wygodnie linkować innym do poczytania zamiast musieć tłumaczyć w danym poście (jak to się stało w poście "Brak wiedzy = miejsce dla głupoty"))

– "Mniej więcej luźności o życiu (inspirowane paroma taliami kart z mądrościami(?) i afirmacjami)"
(tam jest na razie bałagan, i nie wiem co ostatecznie z tego wyjdzie. Na razie, to głównie moje zażalenia (z wytłumaczeniami) na głupoty, jakie autorzy talii kart w swoich taliach wypisują (akurat te pięć talii zawiera sporo tekstów, a nie obrazki, jak większość talii dywinacyjnych))

– "Wątki inspirowane Halloween Oracle, Les Vampires Oracle, Dark Mirror Oracle"
(tutaj też jest w sumie bałagan, aczkolwiek zorganizowany znacznie bardziej. W znacznej części, mają tam być różności psychologiczne)

– "Dywinacja – kompendium"
(mam wielką ochotę ten post W KOŃCU ukończyć [zwłaszcza ponieważ ciągle trafiam, w internecie, na różne głupoty odnośnie tematu, i mam ochotę w końcu odpowiedzieć (ot, mamy potrzebę bycia usłyszanym, wyrażenia się do świata). W ten mały, ledwo widoczny sposób, a zresztą, co to w sumie da.

I tak dotrze to może do garstki osób, i i tak może jedna czy dwie coś z tego wezmą. Bo w sumie czemu ktoś miałby wierzyć/ufać randomowi z internetu. :p Cóż, nie mniejszymi w sumie randomami są autorzy książek czy filmików na YT, czy innych stron. A to, że ktoś nie jest znany, że jest kompletnie niszowy, itd., nie wskazuje na to, czy ma rację w czymś, czy nie.

Nie że stwierdzam, że Na Pewno mam rację. Bo nie. Nie wiem, czy mam, i nie będę nikomu gwarantować, że mam. Przeciwnie: chcę, by ludzie kwestionowali wszystko, a nie by czemukolwiek/komukolwiek wierzyli.

No ale, pomijając to, to wydaje mi się, że jednak mam wartościową wiedzę, że potrafię wytłumaczyć zgodnie z faktami, jak takie np. dywinowanie czy magia działają. Nie wiem, czy Mam Rację, pewnie, ale WYDAJE MI SIĘ, że mam.

Więc... z owymi dobrymi intencjami, chcę się wiedzą dzielić. Mimo że dobre intencje nijak się, ostatecznie, mają do skuteczności/słuszności, oczywiście (no właśnie: kolejna rzecz, którą NIE powinno się kierować przy ocenianiu czyjejś racji, słuszności, wiarygodności).

No więc, świata nie zmienię, jasna sprawa, ale przynajmniej będzie to w internecie, i przynajmniej może jedna osoba na to trafi i przeczyta i coś tam zrozumie.

Lepsze to niż nic],
ale... ważniejsze się ostatnio trafiają (ściślej, te cztery wymienione wyżej).

Natomiast wydaje mi się, że moje ogarnięcie w tym temacie jest już, rzeczywiście, wystarczająco stabilne, by można było tego posta dokończyć i wrzucić na bloga. No tylko że jednak mam aktualnie inne priorytety, inne tematy mnie znacznie bardziej, aktualnie, zajmują, także siedzę nad nimi właśnie. Czasu brakuje, żeby siedzieć nad wszystkim)

– "Kompendium magii"
(tu dokładnie to samo co odnośnie posta o dywinacji: stabilne ogarnięcie chyba jest, tyle że brakuje mi czasu, by i nad tym postem popracować dokładniej, wolę więc przeznaczyć go na aktualnie bardziej istotne, bardziej praktyczne, bardziej życiowe dla mnie rzeczy, aczkolwiek również nie mogę się doczekać ukończenia go, bo tyle ludzie w tym temacie tworzą i rozprowadzają bzdur, że głowa mała)

– "Egregory (bóstwa, anioły, demony, zwierzęta mocy, itp.)"
(tia, tu też to samo)

– "Zdolności parapsychiczne – co i jak"
(również to samo)

– "Chyba każdy jest taką Alicją..."
(a ten post ma już z rok, bo zaczął powstawać w grudniu 2017. Ale w ciągu tego czasu dużo wiedzy mi przybyło, i teraz mam odpowiedzi na wiele wątpliwości, które owy rok temu, przy pisaniu tego posta, się pojawiły.

Nie jest on w sumie jakiś specjalnie ambitny, pełen informacji... na razie. Ale zobaczy się. Póki co, jest troszkę z tyłu, taki mniej priorytetowy).

Ostatnie miesiące skupiały się właśnie na tych postach, w sumie.

Pozostałe wymienione TUTAJ posty oczywiście też są, w dalszym ciągu, w planach (co nie gwarantuje, że się, ostatecznie, rzeczywiście pojawią. Kto wie, co się stanie...), aczkolwiek te powyższe to takie moje na ten moment najbardziej "aktywne" posty (w sensie, nad nimi właśnie się ostatnio skupiam najbardziej).

Także to są plany. 

Mogą się one zmienić, oczywiście. Mniej lub bardziej. Na razie, wszystkie te posty przygotowuję. Ale kto wie, co z tego wyjdzie. 

Może mi się odwidzi. Może coś mi się stanie. Może rozwalą internet. Może wybuchnie wojna. Może... kto wie co.

Teoretycznie, cokolwiek mogłoby się wydarzyć. (W praktyce, wszystko jest zaaranżowane i tylko czeka na wydarzenie się. (BTW: to tylko taka tam se moja teoria, a nie Gwarantowana Prawda, ma się rozumieć. Nie polecam w to wierzyć – polecam KWESTIONOWAĆ i badać, sprawdzać, szukać odpowiedzi... i kwestionować DALEJ. Bez końca).) 

A może wszystko pójdzie z grubsza zgodnie z moimi aktualnymi założeniami, będę dalej spokojnie posty przygotowywać, i w końcu – potencjalnie, kiedyś w 2019 – doczekają się one, wreszcie, publikacji.

Męczące jest ciągle dokładanie sobie więcej zaczętych rzeczy, przy niekończeniu tych już rozpoczętych.

W każdym razie, póki co siedzę gdzie się da, i próbuję upewnić się, że to co piszę, ma sens. Bowiem dość mam już dawnego błądzenia, pisania co "ślina na język przyniesie". Teraz mam nieco większe ambicje. Choć możliwości, by im sprostać, mi jeszcze spoooro brakuje. Oj BARDZO sporo.

Ale nic to – uczy się człowiek całe życie. Teraz jest, wydaje mi się (co oznacza jedynie tyle, że mi się tak wydaje; a nie że to fakt, Prawda), lepiej, niż było kiedyś.

Tak więc to by było na tyle, jeśli idzie o (blogowe) (i bardzo ogólne) podsumowanie mojego roku 2018.

.     
         .
.     

CZ. 2 – "MOJE ULUBIONE TALIE KART NA OKRES ROKU 2018"
[opublikuję, gdy już będzie w pełni gotowe, i linknę tu]
[w którym jest w sumie dalszy ciąg o moich preferencjach i ich podłożach/powodach]

CZ. 3 – "ZAKOŃCZENIE A W NIM GARŚĆ REFLEKSJI I TEORII O ŻYCIU"
[opublikuję, gdy już będzie w pełni gotowe, i linknę tu]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Masz ochotę podzielić się słowem? Zapraszam!