sobota, 2 lutego 2019

Imbolc



Ok. 1 lutego, w kalendarzu celtyckim, wypada nam święto zwane Imbolc, które rozpoczyna – w celtyckiej rachubie – wiosnę.
Choć zima ciągle u nas spokojnie trwa.


Przy tym, jednakże, dni robią się już coraz dłuższe i widać, że powoli... powoli... zbliża się ciepła połowa roku.


Mimo że to dopiero początek lutego i do wyższych temperatur zostało koło miesiąca.

Teoretycznie, do wiosennych roztopów wciąż daleko, ale od Imbolc do Ostary (następnego święta celtyckiego, przypadającego ok. 20 marca, a więc na datę pierwszego dnia kalendarzowej wiosny) one zwykle już są, zaś że post ten na tenże właśnie okres ma być, a nie konkretnie na samo Imbolc, to i o tym wypada wspomnieć.


Na ten moment, koniec zimy dopiero majaczy gdzieś na horyzoncie, zaś tymczasem, świat wokół dalej śpi, mrozi, śnieży...


...i pozostaje pogrążony we wciąż dominującej dobę ciemności.


Dla tych mocno uzależnionych od przyrody – np. rolników (jeśli patrzeć na ludzką część mieszkańców naszej planety) – zbliżające się ciepło i słoneczność to pozytywna sprawa. Taki wzbudzający nadzieję czas, można powiedzieć. 

 
Bowiem więcej słońca = więcej życia w przyrodzie; tzn. więcej plonów, więcej zwierząt (do ubicia i zjedzenia lub pozyskania surowców), oraz lepsze warunki przetrwalcze w ogóle.


Powoli kończy się najbardziej uboga w życie część roku – trwająca w sumie od Samhain, a więc początku listopada. Ok. trzy miesiące bidoty.


Wkrótce, wszystko znów rozkwitnie, rozzieleni się, rozpłodzi. I słońce wróci, by prażyć i żarzyć jak diabli.

Co wyżej wymienionych (i nie tylko) cieszy... zaś innych niekoniecznie, np. bo słońce i temperatury powyżej 15 stopni celsjusza to dla nich istne piekło.
Ale hej, wszystko ma swoje plusy i minusy! Tyle tylko, że może niekoniecznie obydwa dla każdego jednego, niestety. Niektórzy dostają tylko to dobre, niektórzy tylko to niedobre.
Ot, życie.


Tak więc, z grubsza pokryliśmy sobie, co się w tym czasie dzieje w przyrodzie. Bo głównie temu te posty służą; nie są więc tyle o poszczególnych świętach i tradycjach dla nich, przez ludzi, wymyślonych – ponieważ ja akurat w tym nie siedzę, nie interesują mnie specjalnie wierzenia, lecz fakty – tylko o tym, jak przyroda się zmienia.


Aczkolwiek jest pewna rzecz odnośnie Imbolc, która ściśle ma się do przyrody: owce.

Tak jak i z innymi świętami, tradycje wokół Imbolc po części kręcą się wokół rozmaitych wierzeń, mitologii danego obszaru

(i tak np. akurat święto Imbolc uznaje się dniem świętej Brygidy, aka, bogini Brygidy, uważanej przez Celtów za bóstwo płodności. Płodność ważna rzecz, wiadomo – żarcie trzeba mieć – zatem dawni ludzie (zresztą współcześni nie inaczej) chętnie czcili ową postać, uważając – biedne, niedoedukowane ciołki – że w ten sposób wpłyną pozytywnie na obfitość plonów w zbliżającej się cieplejszej, słoneczniejszej części roku).

Po części zaś związane są z tym, co się w tym okresie dzieje w przyrodzie – i wobec tego, jak wygląda w nim życie ludzi, ściśle, w końcu, od reszty przyrody uzależnione.

Etymologia słowa "imbolc" nie jest jasna, aczkolwiek uważa się, że pochodzi od staroirlandzkiego "i mbolc" (współcześnie: "i mbolg"), oznaczającego "w brzuchu", a odnoszącego się do ciężarnych w tym czasie owiec.

Jak można przeczytać na tej stronce (tłumaczenie własne):

"Około Imbolc, u owiec rozpoczynała się laktacja – w przygotowaniu do porodu jagniąt. Zwyczaje święta Imbolc obejmowały, przynajmniej częściowo, działania mające na celu zapewnienie narodzin zdrowych jagniąt.

     Nowe mleko owcze było pożądanym suplementem dla kurczących się sklepów, zwłaszcza że krowy na ogół nie były dojone w tym czasie. Wielu pisarzy zauważa, że irlandzka dieta w dużym stopniu opierała się na produktach mlecznych – znanych jako "białe mięso" – podczas miesięcy wiosennych oraz letnich. Mleko było często kwaszone i przetwarzane na różne rodzaje twarogu i miękkich serów. Twarde sery były rzadkością. Zwyczaje święta Imbolc koncentrowały się również na zapewnieniu stałej podaży mleka."



Poza Imbolc i narodzinami małych owieczków, na luty przypadają Walentynki – całkiem uroczy ludzki wymysł (choć niekoniecznie dla tych, którym miłość, w jakiejkolwiek formie, niebliska. wymyślono jednak, w akompaniamencie, dzień singla, na 15 lutego). Z tego powodu – podobnie jak z halloween w październiku czy bożym narodzeniem w grudniu – owo święto miłości/święto zakochanych rozciągnęło się na całą poprzedzającą część miesiąca, w którym przypada. I reklamy zalewają nas serduszkokształtnymi, czerwonymi produktami. Bo w zarobki wszystko obrócić się da!

Ot, mały ludzkiego wymysłu cosiek, coby się emocjonalnie rozgrzać (i wywalić trochę więcej kasy, niż potrzeba). Przynajmniej w zamyśle.


Z drugiej strony, promowanie miłości... cóż, ma negatywy (depresjuje anty-zwolenników i samotnych), ale również pozytywy. Może i Walentynki są przereklamowane, ale hej, każde inne święto też tak ma!

Esencjonalnie, Walentynki to takie samo święto jak każde inne: bowiem KAŻDE święto to ludzki wymysł. Niektóre są oparte na porach roku, ale wciąż: to wszystko to ludzki wymysł.

Więc, w gruncie rzeczy, faktualnie rzecz biorąc (czyli patrząc na fakty a nie na tradycje i wierzenia, mity wokół danych świąt wymyślone sobie przez ludzi), nie ma powodu ani by traktować takie np. Walentynki mniej poważnie od Halloween czy Yule, etc... ani by którekolwiek z nich świętować, ani by którekolwiek z nich wywyższać ponad pozostałymi, itd. Wszelkie tego typu podejścia to subiektywne preferencje, uprzedzenia, przekonania, itd.; nieoparte na faktach, tylko na nauczonych wierzeniach, na nabytych preferencjach i uprzedzeniach.

Więc, jeśli ktoś chce, może, powiedzmy, w inspiracji tematem przewodnim tegoż święta, doedukować się na temat miłości (w końcu ogarnięcia w faktach nigdy za wiele! Wiedza to potęga, i kto wie, do czego się przyda, jak życie ułatwi. Choć czasem, lepiej nie wiedzieć pewnych rzeczy, rzeczywiście. Na przykład: świadomość istnienia takiej a takiej choroby może, potencjalnie, wywołać w kimś paranoję odnośnie własnego zdrowia. Tia, wszystko ma plusy i minusy – znowu: niekoniecznie i jedno i drugie dla tego samego cosia/ktosia).

Albo, na przykład, możesz być swoją własną walentynką, i podarować trochę (więcej niż zwykle) miłości sobie (tzn. naprodukować w swoim umyśle trochę (więcej niż zwykle) pozytywnych treści o sobie (tym właśnie, psychologicznie patrząc, jest miłość: najbardziej możliwie pozytywne treści mentalne o danym czymś).

Byle tylko nie odlecieć zaraz w nietrzeźwość (nie-obiektywne, niefaktualne postrzeganie rzeczywistości) i nie popaść w samozachwyt :p).



Lub, dajmy na to, zadbać (bardziej niż zwykle) o swoje ciało i, na przykład, włożyć więcej aktywności fizycznej w swoje życie?

Jesteś ty... i reszta świata. Ostatecznie, jesteś sam – wobec całej reszty świata. Więc zadbaj o siebie, sam. Ty – twoje ciało, w tym, twój mózg, twój umysł – to ostatnia rzecz, którą możesz stracić. Ty zostajesz ze sobą do końca. Stracisz przyjaciół, rodzinę, zwierzątko/a, majątek, zdrowie, motywację do życia, etc., ale zawsze będziesz miał siebie.

To jest właśnie podstawowa, gwarantowana rzecz, którą każdy jeden coś, jaki istnieje, może mieć: siebie.

Więc czemu nie zadbać o siebie? Czemu nie zadbać o tą biologiczną, fizyczno-metafizyczną maszynę, którą jesteśmy, którą doświadczamy świata, przez pryzmat której postrzegamy, z użyciem której działamy?

Nikt nie każe ci kochać siebie. Jasna sprawa. Aczkolwiek z pozytywnym stosunkiem do siebie, życie jest (choć odrobinkę) przyjemniejsze.
Więc, jeśliś od tego daleki w tym momencie, może warto spróbować się do tego przybliżyć? Po prostu DLA SIEBIE. Niekoniecznie to łatwe, pewnie, ale raczej na pewno warte wysiłku.

Jeśli nie wiesz, jak zacząć, po prostu zastanów się:
CZEMU masz do siebie taki stosunek jaki masz, co stanowi jego podłoże? 
Co możesz ZROBIĆ, by go zmienić; i na JAKI chcesz go w ogóle zmienić?

A potem działaj.


Wracając do okolic 1 lutego i okresu ok. 1 luty-20 marca (Imbolc-Ostara)...
Imbolc to wciąż jest porządna zima, oczywiście, do kwiatków i zielonych trawków nam daleko, lecz najdłuższą noc w roku już dawno przekroczyliśmy, i coraz nam bliżej do większych i większych ilości słońca. W okresie Imbolc-Ostara – zwłaszcza w drugiej jego części, a więc gdy wkracza marzec (bo tak to mamy całe półtora miesiąca, a to sporo czasu) – im dalej w wiosnę, tym łatwiej zaobserwować, jak zwierzęta i rośliny budzą się z umożliwiającego im przetrwanie w zimowych warunkach uśpienia, oraz wracają ptaki które wcześniej wymigrowały.


Zima to trudne warunki.
Ot, pełne spektrum barw w życiu mamy.
Hartowanie się – poprzez konfrontowanie się z trudami – pomaga przetrwać kolejne porcje trudów. A raczej na pewno się pojawią, bo życie to, cóż, pełne spektrum doświadczeń, więc, teoretycznie, wszystkiego się można spodziewać. Nawet jeśli naiwnie spodziewałbyś się, że tobie się takie coś przytrafić na pewno nie może/nie ma prawa.

Życie zaskakuje. Raz przyjemnie, raz nieprzyjemnie.

Dlatego dbaj o siebie. Aczkolwiek nie ZA bardzo. Przesada w ŻADNĄ stronę nie jest zdrowa. Za dużo dobra zmiękcza nam ten przysłowiowy kręgosłup/skórę, a potem, w obliczu trudów, dużo łatwiej się łamiemy.


Wszystko, co miało początek, doczeka się kiedyś końca. 
Nie każdy koniec musi być pozytywny, oczywiście, i o tym warto nie zapominać (choć, oczywiście, wolimy trzymać się nadziei na lepsze; i tego też uczą nas bajeczki na dobranoc – które jednak realu nie odzwierciedlają).

Natomiast, esencjonalnie – najwyraźniej – jedyną stałą w świecie jest brak stałości, aka, zmiana.

Jeśli chcesz gdzieś dojść, zacznij tam iść/kontynuuj tam iść!
Potencjały i poziom elastyczności każdy ma różne, owszem, aczkolwiek wiele de facto JEST możliwe, niezależnie od wieku czy innych czynników.

To, że jest ciężko czy że ciągle kłody pod nogi i kamyczki w butach, nie znaczy wcale, że "to nie dla ciebie".

Nierzadko (nie zawsze, tylko nierzadko!), największe blokady przed osiągnięciem czegoś tkwią w naszej głowie. A ta jest znacznie bardziej podatna na zmiany, niż może się nam wydawać. Nasz mózg to nie kamień (zresztą, nawet kamień nie jest niemodyfikowalną stałością). Każda chwila jest mniej lub bardziej bogata w nowe informacje docierające do nas, rejestrowane i zapisywane w naszym mózgu, umyśle. Wpływają one na nas, modyfikują/zmieniają nas.

Zmieniamy się W KAŻDEJ CHWILI. To ciągłość, nieustającość. Czy jesteśmy tego świadomi, czy nie. Ta biologiczna maszyna, którą jesteśmy, stale uczy się nowych rzeczy, stale się programuje i przeprogramowywuje.

Jak programujesz się w tym momencie?
Na jakich programach działasz, które nie są dla ciebie zdrowe?

Nawet jeden dzień to mnóstwo czasu na zmiany. Tydzień... miesiąc – jeszcze więcej!
Jedne wymagają dłuższego czasu, inne krótszego, oczywiście. Ale każda wymaga odpowiednich warunków, by się zadziać.

Jeśli chcesz coś zmienić, postaraj się stworzyć odpowiednie pod to warunki!
Zrób co możesz (niewykluczone, że możesz więcej niż ci się wydaje; w końcu nasza wiedza o świecie, nasze przekonania o faktach nie muszą odzwierciedlać samych faktów!), i ciesz się efektami.

W odpowiednim czasie, oczywiście – bo WSZYSTKO potrzebuje odpowiednich warunków, nic nie staje się tak o, bez niczego.


 
Jasna sprawa, nie musisz niczego robić, niczego zmieniać. Niczego nie musisz osiągać, nigdzie nie musisz docierać.

Aczkolwiek, z natury zorientowani na własne przetrwanie i przyjemność, za swój #1 cel w życiu mniej lub bardziej świadomie obieramy sobie własne szczęście.

Co, niestety, nierzadko oznacza, że w próbach dotarcia do niego, ścigamy milion różnych cudownych błyskawicznych sposobików i "gwarancji szczęścia" (przykład: wpajany nam model "idealnego życia" to rodzina. Co, nierzadko się okazuje, wcale nie każdemu się uśmiecha, przeciwnie: niektórzy wolą samotność i wolność umożliwianą przez brak tego rodzaju zobowiązań), i nigdy, ostatecznie, nie znajdujemy tego, czego naprawdę chcemy. Bo ciągle się nam wmawia, że chcemy tego, że na pewno dobrze nam będzie z tym, że to jest ideał do którego my z pewnością chcemy, musimy wręcz dążyć, bo "to jest klucz do szczęścia".

Tylko że każdy jest jednak inny. Uważa się, że szczęście gwarantuje ludziom posiadanie bliskiego przyjaciela/przyjaciół. Aczkolwiek są tacy, którzy zwyczajnie najszczęśliwsi są sami ze sobą.

Zamiast błądzić, zamiast dawać się innym wodzić za nos i robić z siebie głupka, siądź sobie spokojnie (lub połóż się, postój sobie, etc. – jakkolwiek ci wygodnie, w jakiejkolwiek pozycji dobrze ci się myśli ;)) i zastanów się, czego tak właściwie chcesz.

Ty, właśnie ty.

Nie otoczenie. Nie znajomi, nie rodzina, nie sąsiad za ścianą, nie społeczeństwo, nie rządy – tylko TY. 


Oraz: czego chcesz TERAZ, a nie czego chciałeś np. pięć lat temu. Trzymanie się swoich starych ideałów bywa zwodliwe, bo w końcu, jak było wcześniej, ZMIENIAMY SIĘ stale.

Pewnie, pełnej wolności nie mamy; koegzystujemy w końcu z innymi, nie żyjemy sami, jedyni. Więc tak pięknie i gładko się marzeń spełniać nie da. Zawsze coś/ktoś może nam na drodze już stać lub się na nią dopiero, w pewnym momencie w przyszłości, wprosić.

Nie porzucaj realistycznego postrzegania i nie wpadaj w bajki. Żyjesz w realu, nie w bajce, i prędzej czy później, real zadba o to, byś sobie o tym przypomniał, przynosząc ci konsekwencje [ot, personifikacja realu; choć personifikować rzeczy nie lubię].

Ale dobre ogarnięcie w swoich potrzebach, celach, marzeniach może okazać się bardzo pomocne, bo nietrudno jest zgubić owe informacje, ową świadomość, zatracić wierność wobec siebie w próbach przypodobania się, przypasowania się do otoczenia. Owe próby motywowane są naszą naturalną potrzebą przetrwania (w otoczeniu) – no a na własne przetrwanie jesteśmy z natury zaprogramowani – ale ostatecznie, mimo że chcemy przetrwać jak najprzyjemniej, nierzadko okazuje się, że bezpieczne przetrwanie i personalne szczęście nie idą w parze tak ładnie, jak w naszych życzeniach.



Natomiast pomijając wpływ reszty świata na nas, ze swojej strony możemy swoje szczęście wspierać... lub je sabotować.

Zrozum siebie,
– nie zapominaj przy tym, jaki jest świat (to po prostu mało praktyczne, skoro przecież codziennie, w każdej chwili w nim funkcjonujesz) –
I IDŹ PO SWOJE.

Stwórz odpowiednie warunki.
(do tego konieczne jest ogarnięcie w tym, co jest nie tak teraz, i jak to naprawić. Wiedza to potęga!
Byle tylko być w stanie spojrzeć na sprawy szczerze, a nie uciekać w wygodne, dopasowane do swojego widzimisię interpretacje rzeczywistości, i tkwić w przyjemnych, komfortujących, pocieszających iluzjach.

Nie żyjesz w swojej wymarzonej bajce, tylko w świecie, który jest jedynie w pewnym procencie zależny od ciebie – tak jak i ty od niego. Fakty bywają bolesne, ale uciekanie od nich nie zlikwiduje ich ani nie złagodzi; co najwyżej, może zmiękczyć nas, zmniejszyć naszą siłę, wytrzymałość.


Z jednej strony jesteśmy zorientowani na przetrwanie, z drugiej, na przyjemność – błędnie sądząc (w nieświadomości; bowiem w tej właśnie części naszego umysłu ulokowany jest owy nasz instynkt przetrwania), że w każdym przypadku przyjemność, jako że oznacza dobry stan, dobre samopoczucie, oznacza również, tym samym, gwarantowanie, życie, przetrwanie).

Co dzieli cię od szczęścia?
Ile możesz zrobić, by ten dystans pokonać?
Ile jedynie UWAŻASZ że możesz, a ile FAKTYCZNIE możesz?

Pytania prowadzą do odpowiedzi.

Zadając pytania i szukając odpowiedzi,
zamień
niewiedzę w wiedzę,
nieświadomość w świadomość,
ciemność w oświecenie.

WESOŁEGO IMBOLC!

Lub po prostu drugiej części zimy, jeśli (tak jak i ja, w sumie) Imbolc nie świętujesz.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Masz ochotę podzielić się słowem? Zapraszam!